BIRMA - ÓSMY DZIEŃ TYGODNIA

Jesteśmy w Birmie. Wybierzmy się do świątyni. To tutaj tłumnie ściągają wierni z całego kraju. Gdy przyjrzymy się bliżej ich rytuałom ujrzymy jak w skupieniu oddają się modlitwie, medytują i kłaniają Najwyższemu Buddzie. Niektórzy przybywają samotnie, inni tłumnie z rodzinami. Niektórzy spędzają kilka godzin, inni cały dzień. Jednak zanim opuszczą świątynię każdy z nich kieruje swe kroki do jednego z posążków rozlokowanych wokół głównej części świątyni. Zastanawiające kształtem posążki stoją w miejscach wyznaczonych przez układ gwiazd, ukazują się one naszym oczom gdy obchodzimy dookoła piękną stupę. Każdy z nich pręży się dumnie i lśni złoceniami. Posągi reprezentują kolejne dni tygodnia. Jest ich osiem. Tutaj w umyśle wyhodowanym na zachodnich tradycjach pojawi się zapewne pytanie: Dlaczego osiem? Przecież dni tygodnia jest siedem? No właśnie, nie do końca...

W tradycji buddyjskiej Birmy jest tych dni osiem, odpowiadają one kolejno poniedziałkowi, wtorkowi, środzie rano, środzie wieczorem, czwartkowi, piątkowi, sobocie i niedzieli. Ten dodatkowy dzień zwany jest Yahu. Ukryty jest w środę wieczorem i według miejscowych, trzeba mieć wyjątkowego pecha aby urodzić się właśnie tego dnia.

Każdy z dni ma zwierzęce przedstawienie, które towarzyszy Buddzie. Tygrys to poniedziałek, lew wtorek, środa - do południa słoń z kłami i po południu słoń bez kłów (to dodatkowy ósmy dzień - yahu), mysz czwartek, świnka morska piątek, mityczny wąż naga sobota i bóstwo garuda na niedzielę. Wierni skupiają się przy posążku Buddy odpowiadającemu ich dacie urodzenia i oddając się modlitwie obmywają go wodą. Kubków wody trzeba wylać na niego tyle, ile się ma lat. I koniecznie o jeden więcej w intencji długiego życia.

W tradycji katolickiej dni jest siedem i na nich opiera się kosmologia świata. Jeżeli jednak przyjęlibyśmy, że tych dni powinno być osiem? jak wyglądałoby stworzenie świata na biblijnych kanwach? Czym bóg zająłby się tego dodatkowego dnia? Co stworzyłby, co zmienił, a może po prostu więcej by odpoczywał? Czy ósmy dzień mógłby zmienić rzeczywistość? W Birmie stworzenie Nowego Świata, na nowych regułach z pewnością wymaga więcej niż ośmiu dni.

Dzień pierwszy. W blasku poranka Yangon budzi się do życia... Niemrawo płynąca rzeka wyrzuca na brzeg łodzie. Obładowane po brzegi kutry dowożą mieszkańców tańszej, tej lewostronnej części miasta do pracy po prawej stronie rzeki. Na ulice wychodzą pierwsi sprzedawcy. Niektórzy już tu są,koczują całą noc bo zbyt drogo by wracać na noc do domu położonego w wiosce pod Yangonem. Według zasad wprowadzonych przez reżim do centrum nie można dojechać rowerem, na samochód natomiast nikogo nie stać. Codziennie z miejskich autobusów wylewa się więc tłum mieszkańców i przyjezdnych. Czasami przewożą oni ze sobą cały dobytek. Rozpoczyna się dzień. Powoli rozkładają się stragany. W wielkich garach powstaje zaczyn na "mohinga" - tradycyjną zupę rybną spożywaną na śniadanie. Mieszkańcy pozdrawiają się serdecznym "mingalaba" i pędzą do swych zajęć. Wrzawa poranka miesza wszelkie nacje. Ulice pełne są Birmańczyków różnorakiego pochodzenia. Żyją oni w zgodzie, dzieląc te same ulice i troski. W trudzie dnia codziennego wymieniają się pozdrowieniami. Jednak ten tydzień ma być dla nich wyjątkowy. Ma zmienić ich życie, tak przynajmniej twierdzi starsza pani nalewająca mi do miseczki sporą porcję Mohenke. Szeptem, rozglądając się na prawo i lewo, rzekła łamanym angielskim: "Kiedy nasza Lady wygra wszystko się zmieni. Ona zaprowadzi nas do wolności. Ona jest naszą nadzieją...". Ostatnie słowa wypowiadane były już tuż przy moim uchu. Oddalając swoją twarz od mojej mogłam wyraźnie zobaczyć zamglone oczy, które jednak miały wyraz niesamowitego szczęścia ukryty tuż poza szklistą powłoką łez.

Dzień drugi. W pierwszych promieniach słońca na straganach rozkładają się sprzedawcy. Jest ich wielu... Mają mnóstwo towaru do wystawienia. Tym razem jednak nie są to warzywa, nie są to też owoce. W delikatnych podmuchach wiatru prężą się koszulki. Czerwone i białe. Tuż za nimi flaga z pawiem spoglądającym na gwiazdę. Rewolucja? Nie, to część kampanii przedwyborczej. Nie jest już zabronione nosić koszulkę z nadrukiem "We must win" i emblematem NLD (National League for Democracy) - partii, której liderką jest Aung San Suu Kiy. rickshaw driver on the market Nie jest zabronione. Jednak gdy rozmawiając z młodą dziennikarką robię jej zdjęcie. Prosi ona o jego wykasowanie. Powód? W rogu zdjęcia widnieje czerwona flaga... a ona nie jest pewna jak dalej potoczą się losy partii. Nie chce ryzykować utraty wakatu... Czy tak wygląda wolność słowa?

Dzień trzeci. Na ulicy 19tej nastał wieczór. To tutaj zbierają się młodzi ludzie na rozmowy przy piwie. To tutaj znajdują się słynne Beer station. Tego wieczoru jednak lokalnych mieszkańców jest jakby mniej. Natomiast przytłaczająca ilość obcokrajowców zdaje się dzisiaj przewyższać średnią z kilkunastu ostatnich miesięcy. Niby nic... turyści... jednak ich spojrzenia nie są do końca "turystyczne". Rozglądają się raz na jakiś czas niepewnym wzrokiem oblatując okolicznych gości. Nieco trwogi w oczach i rozmowy co jakiś czas schodzące na temat wyborów i nagle wyciszane. Spod stołów wyglądają torby pełne sprzętu dziennikarskiego. Aparaty, kamery, mikrofony. To wszystko nielegalnie tutaj wwiezione może spowodować, że właściciel zostanie deportowany z kraju - w najlepszym wypadku... W najgorszym? Wszystko się może zdarzyć...

Dzień czwarty. Nic nie wskazuje na to, że życie młodej Khaung Khaung się zmieni drastycznie. Jednak radość jaka ją rozpiera jest nieporównywalna z niczym innym. Ona dorastała w kraju zniewolonym przez rządy militarne. Nie zna innej rzeczywistości, ale ma wiarę, że po tych wyborach uda się jej rozpocząć nowe życie. Ma plan wyjść za mąż, ale czeka... Mówi, że chce to uczynić w kraju, w którym będzie nadzieja dla jej dzieci. Nadzieja na to, że wolność słowa zagości na stałe i nie będzie już obaw przed tym co można a czego nie można powiedzieć głośno. Uśmiecha się... "Czekam na Lady... Ona jest naszą nadzieją..." - mówi.

Dzień piąty. Na ulicach tłoczno. Wielka ciężarówka przerobiona na platformę jeździ po mieście. Przemawia z niej Phiu Phiu Thin - jedna z kandydatek do Parlmentu z ramienia NLD. Ta niesamowita kobieta od zawsze stała u boku Aung San Suu Kyi. Swoją walkę o wolność przypłaciła dwukrotnym pobytem w więzieniu jednak nie poddała się i dzielnie walczy o dalej. Jest również główną postacią jeżeli chodzi o pomoc ludziom zarażonym wirusem HIV i chorym na AIDS. Jej działania zostały docenione i uhonorowane przez organizację People In Need nagrodą Homo Homini Award. Ludzie ją uwielbiają i doceniają całokształt pracy której się podjęła oraz cenę jaką za nią zapłaciła. Tego dnia również towarzyszą jej tłumy. Ubrani w koszulki NLD, wymachując flagami, podążają za nią z pieśnią na ustach i żarem w sercach. Wiara w przyszłość napełnia łzami oczy mężczyzny, który dobrze pamięta wydarzenia roku 1988 kiedy to w zbiorowej masakrze armia zamordowała ponad 3000 ludzi, głównie młodych studentów idących tak jak i dzisiaj z flagami i śpiewem. I on tam był, uszedł cało, ale wielu swoich przyjaciół widział wtedy po raz ostatni. Część z nich zginęła, część została zamknięta w więzieniach i prawdopodobnie wysłana do przymusowej, niewolniczej pracy gdzieś na północy kraju. Słuch po nich zaginął... "Tym razem nie będzie krwi..." - mówi i skrawkiem rękawa ociera łzę smętnie wyglądającą z kącika oka.

Dzień szósty. Cisza... Na ulicach nie wrze już czerwienią. Tego dnia wszyscy udają się do Kawhmu -okręgu z którego startuje legendarna Aug San Suu Kyi. "The Lady" jak ją teraz popularnie nazywają przemawia. Na jej powitanie jechały tłumy. Busy, samochody, motocykle. Każdy chciał usłyszeć słowa, które padną z jej ust. Uhonorowana Nagrodą Nobla, poświęciła się walce z niesprawiedliwością. Dwadzieścia jeden lat uwięziona we własnym mieszkaniu, była niczym symbol cierpienia całego narodu birmańskiego. Pozornie u siebie, pozornie wolna a jednak zniewolona.

Dzień siódmy. Dzień wyborów. Czerwienią żarzyła się ulica, niczym spowita krwawą wendettą... Jednak historia się nie powtórzyła, nie było strzałów, krwi i płaczu. Były jedynie okrzyki radości. Od pierwszych porannych godzin mieszkańcy Birmy z podekscytowaniem kierowali się w kierunku punktów wyborczych. Osłaniając się parasolkami przemierzali ulice Yangonu. W pełnym słońcu widać było ich determinację, napięte mięśnie twarzy, które niby chciały się uśmiechać, ale wciąż nie były pewne mających nastąpić wydarzeń. Czy tym razem wybory przebiegną prawidłowo, bezkrwawo? Komu można wierzyć? Pod znakiem zapytania przebiegał cały poranek i popołudnie. Przesiadując pod jedną z siedzib NLD czułam się niczym w centrum cyklonu. Ludzie przychodzili całymi rodzinami, przesiadywali, wyczekiwali... Powolnie, nieśpiesznie popijając herbatę, zapalali kolejnego papierosa siedząc na plastikowych krzesełkach lokalnego baru... a w powietrzu unosił się gęsty, pełen napięcia opar. Niczym burza zbierająca się nad wyspą, miał się wkrótce uzewnętrznić i pokazać co się za nim kryje... Wolność czy niewola? Radość czy smutek? Słońce czy deszcz? Ktoś zaprosił mnie na herbatę, ktoś inny gratulował odwagi. Ktoś zaciągnął do małego baru i prawie zmusił do zjedzenia obiadu. Ktoś podał rękę gdy wypadałam z przepełnionego autobusu. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Gorące popołudnie... Nagle, wraz z godziną zamknięcia urn, wszyscy ruszyli. Poznana godzinę wcześniej rodzina odnalazła mnie i pociągnęła ze sobą do samochodu. Ojciec pracuje jako taksówkarz jednak dzisiaj dzień jest dla niego zbyt ważny aby pracować. Wie, że mógłby zarobić więcej, ale nie chce bo "są rzeczy ważne i ważniejsze" - mówi przytaczając mój ulubiony cytat. Wpychają mnie wraz z siedmioma innymi osobami do samochodu oblepionego naklejkami oraz flagą NLD. Jedziemy! Na ulicach tłumy biegają na prawo i lewo. Ludzie krzyczą i śpiewają. Radość! Niczym nie skrępowana i pokazująca wiarę i siłę ludu zdążającego ku wolności. Dojechaliśmy do kwatery głównej NLD. Jako jedni z pierwszych, za nami przybywało dziesiątki samochodów, busów i piechurów. Wszyscy tłoczyli się przed budynkiem głównym i ze śpiewem na ustach wpatrywali się w tablicę, na której pokazywano przemówienia Aung San Suu Kyi. Nie minęło wiele czasu a na tablicy zaczęły pojawiać się pierwsze wyniki. Ogrom radości przetaczającej się przez zebrany tłum jest nieporównywalny do niczego co w życiu zobaczyłam (a widziałam wiele). Starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni, wszyscy gromadnie podskakiwali w rytm piosenki przewodniej NLD lecącej z głośników. Kolejne wyniki i kolejne gromkie okrzyki i radość w oczach. Czasami niedowierzanie. Młode kobiety zakrywające usta w geście radości mieszającej się z płaczem. Dzieci, które powinny się bawić a jednak znając wagę dzisiejszego dnia dzielnie od kilku godzin wyśpiewują piosenki chwalące NLD. Czerwień zachodzącego słońca jeszcze bardziej uwydatnia kolory ulicy. Tłum miesza się w jedną całość i dzielnie unosi w górę ręce wybijając nimi w powietrzu rytm nagle oswobodzonej radości. Unaoczniona historia zdaje się przerastać oczekiwania kilku osób. Pojawiają się łzy gdy na tablicy gaśnie komunikat o kolejnych okręgach, w których wygrało NLD. Niczym informacja dla mieszkańców Yangonu: "jest nas wielu, wspólnie wygramy!!!". I tak też się dzieje. Nieliczne podmuchy wiatru zdają się przynosić kolejne informacje. Oto tego gorącego wieczoru dzieje się historia! Tutaj, na tym chodniku, na tej ulicy i na tych zboczach okalających siedzibę NLD - ludzie wiedzą, że nastał czas zmian, że mają głos. Ostatnie okręgi i ostatnie wyniki. Nikt już nie wątpi w to co się stało. Długo powstrzymywane słowa prawdy przeradzają się w gromki krzyk roztańczonego tłumu. Ostatnie okręgi! Ostatnie wyniki! Radość tłumu nie zna granic. Po tylu latach zniewolenia teraz czują, że maja głos! NLD wygrało prawie wszystkie mandaty. Pomimo że noc już dawno zapadła tłum nie chciał się rozejść. Tańczyli, śpiewali, wykrzykiwali mocą setek gardzieli cały ból życia w zniewolonym kraju. Tak długo wiara i nadzieja były ich jedynymi sprzymierzeńcami. Teraz siła narodu przeistoczyła się pieśń niosącą dobrą nowinę. Czerwień rozpłynęła się po ulicach i zniknęła w mroku nocy.

Dzień ósmy. W blasku poranka Yangon budzi się do życia... Niemrawo płynąca rzeka wyrzuca na brzeg łodzie. Obładowane po brzegi kutry dowożą mieszkańców tańszej, tej lewostronnej części miasta do pracy po prawej stronie rzeki. Na ulice wychodzą pierwsi sprzedawcy. Niektórzy już tu są, koczują całą noc bo zbyt drogo by wracać na noc do domu położonego w wiosce pod Yangonem. Według zasad wprowadzonych przez reżim do centrum nie można dojechać rowerem, na samochód natomiast nikogo nie stać...

Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Życie w Birmie nie stanęło do góry nogami, nie ma rewolucji. Ale gdy przyjrzymy się uważniej... Twarz sprzedawcy ryb jest nieco bardziej roześmiana, w oczach młodej dziewczyny oczekującej na poranny autobus jest jakby więcej blasku. A mały chłopiec krzątający się wokół straganu swojej mamy podśpiewuje zasłyszaną dzień wcześniej piosenkę - hymn NLD. Nikt go nie ucisza, nikt nie rozgląda się z przerażeniem. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło... jednak serca tych ludzi zmieniły się na zawsze. Pomimo iż wygrana NLD nie wpłynie drastycznie na ich codzienną krzątaninę, w ich sercach zagościł spokój, długo wyczekiwane uczucie, że są bezpieczni, że mają głos, że już nie muszą się obawiać.