BIRMA - PODRÓŻ WOKÓŁ BAGAN

Miejscowi według swojej rymowanki - wyliczanki mówią, że wszystkich świątyń było około 4 446, trzęsienia ziemi i woda zniszczyły całe mnóstwo świętych budowli, a do zwiedzania pozostało już tylko 2 224 pagód. Przewodniki przedstawiają liczbę "ponad 3000". Jakkolwiek by na to nie spojrzeć ilość świątyń jest naprawdę porażająca i dopiero przemierzając tereny Baganu można sobie zdać sprawę z tego jaki ogrom historii rozpościera się dookoła. Bagan to jedno z częściej odwiedzanych miast Birmy. I nie ma się czemu dziwić - piękno miejsca może oszołomić. Miasto dzieli się na trzy części: Old Bagan, New Bagan i Nyaung U. Wszystkie trzy położone są na terenie zasianym przez piękne dzieła architektury, których liczba wydaje się nieskończona. Turyści najczęściej ograniczają się więc do kilku głównych tras i punktów na mapie Baganu. Moje ścieżki wykroczyły daleko poza to co oferują przewodniki.

Co by było gdyby taki przeciętny turysta wyjrzał dalej niż mu nakazuje turystyczna mapka? Może zdziwienie, może szok, może zażenowanie? Tam gdzie kończy się popularna trasa zwiedzania - zaczyna się prawdziwe życie. Ludzie ze swoimi troskami dnia codziennego. Nie są jeszcze zepsuci przez turystykę, żywią szczerą ochotę dzielić się tym co mają... A mają niewiele, prawie nic.

Południowa część Baganu - Naing Lou

Ukryta w buszu chatka i kilka mat dookoła. Pomiędzy palmami żyje rodzina Naing Lou. Ich dom to cztery ściany zadaszone liśćmi palmowymi. Wokół zielen i raj palmowy. Na każdą z okolicznych palm prowadzi drabina - wąziutka, na jedną stopę. Przytwierdzona pionowo do drzewa daje możliwość dotarcia do samego szczytu. Tam właśnie znajdują się "życiodajne soki". Naing Lou ma trzydzieści sześć lat, codziennie wspina się na palmy i zlewa do przytroczonego do pasa dzbana ten bambusowy nektar. Każda palma ma kilka czerwonych butelek przywiązanych do wysoko położonych gałęzi. Tam każdego dnia zbiera się nowy sok. Zlany do dzbana staje się zaczątkiem piwa. Wstępna fermentacja już nastąpiła w butelkach, teraz piwo musi tylko nieco "doleżakować" w glinianym naczyniu. Napój jest gotowy do spożycia po kilku godzinach. Świeży, bez konserwantów, a jego przydatność to zazwyczaj jeden, dwa dni. Z każda godziną nabiera mocy aż w pewnym momencie staje się szkodliwy dla żołądka. Podany w tradycyjnym czarnym glinianym dzbanie wydaje się jeszcze bardziej mleczno barwny. Do jego spożywania służą czarki wydrążone w łupinach kokosa. Moja ciekawość została wynagrodzona. Nie tylko miałam okazję wspiąć się na pionową palmę, ale również spróbować świeżego piwa. Wraz z napojem dostałam prażoną fasolkę, która odgrywała rolę orzeszków. Po chwili rozmowy Naing Lou Krzyknął coś do swoich córek i jedna z nich przyniosła gar wypełniony różnego rodzaju smażonymi rybami - prosto z rzeki. Domyślałam się, że to rodzinny obiad więc nie chciałam zbytnio zabierać tego rarytasu - siłą mi go jednak wciśnięto.   Rybki były przepyszne, a na moje czysto teoretyczne pytanie skąd się wzięły zostałam zabrana nad brzeg rzeki gdzie czekała łódź z napędem motorowym. Łódka wielce chybotliwa sprawiała wrażenie jakby zaraz miała nabrać do środka mnóstwo wody i zatonąć. Opiekował się nią kuzyn Naing Lou. A tak naprawdę spał w niej codziennie doglądając plantacji cebuli znajdującej się po drugiej stronie rzeki, na piaszczystej mieliźnie przypominającej wyglądem pustynię. Plantacja była dumą Naing Lou. Z radością wręczył mi "bukiet" świeżo wyrwanych bulw tego zdrowego smakołyku.

Naing Lou mieszka wraz z rodziną w chatce przy drodze. Jego dochód stanowi otaczająca go natura: wytwarza cukier pozyskiwanego z palm oraz świeże piwo. Poza tym sprzedaje cebulę i jeżeli ma szczęście to również ryby. W porze suchej jest ciężko, w porze deszczowej wcale nie lepiej. Ma pięcioro dzieci - nie chodzą do szkoły. Brak dostępu do edukacji, brak możliwości rozwoju. Przyszłość dzieci będzie związana z tym miejscem - jakże pięknym, ale jakże zamykającym możliwości.

Wschodni Bagan - Soe Myat Thu

Nikt by nie pomyślał, że zaledwie kilkaset metrów za jedną z piękniejszych świątyń Baganu kwitnie inne życie. To tutaj spotkałam Soe Myat Thu, który zabrał mnie do swoich przyjaciół. P2 Station (od Playstation 2) jest lokalnym centrum rozrywki dla młodzieży. Bardzo nowoczesne podejście właściciela sklepu sprawiło, że na zapleczu otworzył centrum gier. Chłopcy w przeróżnym wieku przychodzą tutaj aby pograć w nielegalnie sprowadzane gry. Za godzinę płacą 300 Kyat co jest równowarte 0,30 USD lub jednemu posiłkowi w lokalnej restauracji. Destrukcyjny wpływ tej rozrywki jest niestety zauważalny - chłopcy często trudnią się sprzedażą pamiątek a następnie zarobione pieniądze wydają robiąc zakłady. Nic bardziej nie pociąga niż nadzieja wygranej...

Sklep, przed sklepem rozłożony stół do gry w Toukhon (rodzaj gry rozpowszechniony w Azji, gdzie pstrykając palcem w duży krążek gracz stara się wprowadzić mniejsze krążki do dziur wokół stołu - zasady można porównać do gry w bilard). Za sklepem natomiast stanowiska z komputerami. Nieco przestarzałe komputery są oblegane przez chłopców. To oni napędzają ten świat rozrywki. P2 Station istnieje już rok, na początku każda gra była wprowadzana na pen drive'ie, teraz z dumą przedstawiono mi New Technology Manager'a, który stworzył bazę danych i obwiesił salę kablami podłączając ją do każdego komputera.

W czasie gdy chłopcy pochłonięci są grami tuż obok usadowiła się córka właściciela wraz z mężem. Nic sobie nie robiąc z tłumu ludzi i powstałego zgiełku napełniali cienkie jelita świeżo zmielonym mięsem robiąc kiełbaski. Za nimi przechadzały się dwa małe koty wyglądające jak gdyby nic w życiu nie jadły. Matka sprzątała podwórko, a brat spał na rozłożonej pośrodku macie. Życie toczyło się według codziennego schematu... Jednak ta nowoczesność wprowadzona w życie małych chłopców wydaje się jakby chwiać normalnością. Chłopcy nie chodzą do szkoły, palą papierosy, grają na pieniądze i dorastają... Powoli to przestanie im wystarczać, co wtedy?

Centralny Bagan - Kyi San

Wycieńczona jazdą na rowerze w 40 stopniowym słońcu usiadłam w cieniu świątyni. Wokół ani żywej duszy. No może poza kilkoma kobrami czyhającymi w wysuszonej słońcem trawie.  Powolnymi łykami piłam wodę, która jeszcze godzinę temu była lodowata, a teraz temperaturą bardziej przypominała herbatę. Po chwili dało się słyszeć czyjś śpiew. Oto idą trzy dziewczynki, każda niesie baniaki z wodą. Zobaczywszy mnie zaczęły krzyczeć: "Hello! Hello!" i smiać się wdzięcznie do siebie nawzajem. Najstarsza z nich podbiegła do mnie pędem, rozchlapując wodę na swoje bose stopy. "Jak masz na imię?" zapytała płynnie po angielsku. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, na co ona zaczęła się śmiać, że przecież Aneta to imię pobliskiej pagody! Rzeczywiście jest taka zbieżność w wymowie i już wiele osób zwróciło na to uwagę, więc też się zaczęłam śmiać mówiąc, że pewnie to przeznaczenie. Dziewczynka przedstawiła się jako Thiri mówiąc, że właśnie z siostrami robiły pranie w pobliskiej rzece (2 km dalej jak się później dowiedziałam) a teraz niosą wodę do domu (w zależności od wzrostu były to różnej wielkości baniaki przytwierdzone do kija i zawieszone na drągu opierającym się na barkach). Thiri krzyknęła po angielsku: "Chodź z nami! Nasz dom jest za pagodą!" Nie myśląc długo zerwałam się na nogi podążyłam wraz z roześmianymi, śpiewającymi dziewczynkami do ich domu. Tam przywitano mnie ciepło... ich mama, babcia i młodsza siostra. Najmłodsza spała w hamaku. Chatka znajduje się tuż za pagodą Ya Daw Mu Ni i składa się z kilku bambusowych ścianek i takiegoż samego dachu. Zasiadłyśmy w cieniu przedsionka gdzie od czasu do czasu przemykał lekki podmuch wiatru. Dziewczynki wydawały się przeszczęśliwe. Najstarsza Thiri ma 16 lat, następna jest Moe Moe (12 lat), Saung Saung (11 lat), Ei Ei (7 lat) i Jine Jine (1,5 roku). Mama ma 37 lat, a babcia - tego nikt nie wie...

Rodzina mieszka w małej chatce. Pracuje tylko ojciec - Zaw Wan. Trudni się sprzątaniem świątyń. Dostaje miesięcznie 17000 Kyat co jest odpowiednikiem około 17 dolarów. Za to musi wyżywić całą rodzinę, a ma pięć córek. Żadna z nich nie chodzi do szkoły. Rodzina nie ma na to pieniędzy. Jedynie Thiri miała możliwość ukończyć cztery klasy. Dziewczyna mówi płynnie po angielsku, nauczyła się rozmawiając z turystami. Chce oprowadzić mnie po świątyniach. To jest typowy tutaj sposób na dorabianie. Dzieci oprowadzają po świątyniach i liczą na "tipy". Niektóre z nich maja taką wiedzę, że warto skorzystać. Przy okazji dzieci podszkalają swój język, a bezpośrednia rozmowa może pomóc im jakoś zmienić swój los.

W tej maleńkiej chatce rozgrywa się prawdziwa historia. Małżeństwo z matką i pięcioma córkami. Nie mają pokoi, nie mają korytarza. Mają cztery bambusowe ściany pokryte dachem. Żyją w cieniu pagody numer 1747. To tutaj przeżywają radości i smutki dnia codziennego. Braki żywności i przewlekłą chorobę jednej z córek. Z radością poznają nowych ludzi, zapraszają do domu i częstują herbatą. Może liczą na jakiś datek, może czują potrzebę poznania, rozmowy i jedyną szansę na naukę języka angielskiego dla swoich córek. Cokolwiek jest powodem - nie wolno ich osądzać. To oni mogą osądzać turystów. Tych którzy przyjeżdżają i nie widzą. Tych, którzy przyjeżdżają i wyjeżdżają pozostawiając po sobie jedynie tonę śmieci.

Odwiedź Bagan... http://www.youtube.com/watch?v=HvXySIZY9aY