DOOKOŁA ŚWIATA - KOLOSY

I znów Życie mnie niespodziewanie uszczypnęło w pośladek napełniając dużą dawką radości. Kolosy, nominacja i prezentacja... Cóż to wszystko by znaczyło gdyby nie kolejna cudowna lekcja. Przyznaję, że byłam szczęśliwa i podekscytowana. Niestety "realność" stanęła mi na drodze i nie mogłam pojawić się osobiście w Gdyni, a wysłana przeze mnie prezentacja okazała się być zbyt krótka aby ją móc wyświetlić na dużej scenie... Obawiałam się, że zawiodłam osoby które we mnie wierzyły, że nie stanęłam na wysokości zadania. Można by powiedzieć... szkoda, żal, smutno, przykro... A tutaj taki prztyczek! Nie! Właśnie nie! Nawet sobie nie wyobrażacie mojej radości gdy w poniedziałek postanowiłam zaspokoić swoją ciekawość i sprawdzić wyniki Kolosów. A tam? Radość pojawiła się na mojej twarzy, a wręcz łza wzruszenia zakręciła w oku... Odnalazłam mój post sprzed około dwóch lat. No i zgadnijcie o kim mowa... 


 

 

Kazimierz, Noe i Nel Ludwińscy... tegoroczni zwycięzcy!!!

 A było to tak... Dwa lata temu... Około, bo kto by czas mierzył. Na przepięknej malezyjskiej wyspie Langkawi postanowiłam spełnić moje marzenie, postanowiłam zostać żeglarzem. W zatoce przy marinie Telaga zamieszkałam więc na łodzi. Na katamaranie dokładnie. Wiedziałam, że droga będzie długa, ale wierzyłam że się uda. Umowa była taka, ja się uczę żeglarstwa a w zamian pomagam przy naprawie jachtu zarówno fizycznie jak i merytorycznie (tłumacząc pomiędzy hiszpańskojęzycznym właścicielem a angielskojęzycznymi Malezyjczykami, którzy głównie i tak byli Chińczykami i tym językiem się porozumiewali). No i mieszkam na nim... Pewnego dnia gdy przeciągałam się podziwiając słońce chylące się ku zachodowi, moim oczom ukazał się piękny czerwony katamaran. Kolor wpada w oko bo większość łódek ma monotematyczny kolor kadłuba - biały, więc czerwieni nie da się przeoczyć. No i tak patrzę sobie na ten katamaran i nagle zobaczyłam jego nazwę. Przetarłam oczy i pobiegłam po lornetkę. Przetarłam lornetkę i wychyliłam się za burtę ile mogłam aby dojrzeć lepiej. Z niedowierzaniem odłożyłam ją i niewiele myśląc wskoczyłam do wody. Nie było to daleko, minęłam dwa jachty po drodze i dopłynęłam do wspomnianej czerwonej łódki. Na pokładzie zobaczyłam chłopca bawiącego się z psem. Zagadnęłam: "Dzień dobry!" próbując nie zachłysnąć się z radości słoną wodą. Zza boomu wychyliły się jeszcze dwie głowy... to byli Kazimierz, Noe i Nel Ludwińscy... Na początku też byli zdziwieni co to za dziwna ryba co po polsku bulgota i skąd się wzięła. Szybko zostałam zaproszona na pokład i przyodziana ręcznikiem. Pozwolono mi wziąć prysznic - rarytas w tamtym czasie, a Nel przyniosła mi sukienkę, no... serio... ja miałam na sobie sukienkę! Cóż mogę powiedzieć... Spotkanie tak miłe nie przytrafiło mi się od długiego czasu. Akurat wtedy przechodziłam "kryzys samotności", a do tego byłam zmęczona pracą w nieustannie nerwowej atmosferze. Antonio codziennie po pracy zabierał ponton na brzeg, a na brzeg wpław było za daleko. Nie miałam więc możliwości zejścia z łódki i tak dzień w dzień... rano przypływali mechanicy lub Antonio i wykręcaliśmy kolejne części silnika i jechaliśmy do sklepów po kolejne części... Tam Antonio się awanturował... a ja tłumaczyłam. Po czym dostawałam burę, że jak tłumaczę na angielski to mam się nie uśmiechać tylko wymachiwać rękoma tak jak on (i tutaj dostawałam pokaz machania)! Po dwóch tygodniach poziom "nudności" mojego życia stał się nie do zniesienia. Miałam pływać, żeglować, uczyć się, a tutaj tylko postój w zatoce i wieczne problemas! Zaczęłam powoli się zastanawiać czy to moje marzenie da się w taki sposób zrealizować. No i już miałam schodzić na ląd i mówić Antonio: Adios! (wymachując przy tym oczywiście rękoma) gdy wtem wykukałam owy tajemniczy czerwony katamaran. A nie można było się pomylić co do jego pochodzenia. Nazywał się Wyspa Szczęśliwych Dzieci... i miałam się wkrótce przekonać, że tym właśnie jest dla jego załogantów.  

Zaproszono mnie na kolację. Wyśmienity, prawdziwy, polski bigos (o którym wspominałam w powyższym poście) uwiódł mój żołądek, którego głód od dwóch tygodni był zaspakajany zmagazynowanymi na mojej łódce zupkami chińskimi. Kazik, bo z tego co pamiętam tak mi się właśnie przedstawił, miał głowę pełną planów. Trasa miała wieść przez Ocean Indyjski do Afryki. Siedziałam z rozdziawioną buzią (pełną bigosu) słuchając jego magicznych opowieści i marzenie moje aby być żeglarzem zawrzało jeszcze mocniej. Nel, cudowna dziewczyna, tak miła i kochająca swojego tatę i brata. Wiek - 14 lat. To ona zaczynała przejmować powoli część obowiązków Kazika i była jego prawą ręką na łódce. Noe, wszędzie go było pełno, wulkan energii, a jednocześnie przemiły i wspierający siostrę. Wiek - 7 lat. No i Celinka - pies, przyjaciel rodziny, który miał własną niesamowitą historię.

                    

Robiło się późno, Nel zajęła się Noe, a Kazik opowiedział mi więcej swojej niesamowitej historii oraz obaw związanych z dalszą podróżą. Zrozumiałam jaka na nim ciąży odpowiedzialność... "A co jeśli wpadnę do wody. Dzieci zostaną same..." - mówił. Nie zaprzeczałam, nie przytakiwałam. Powiedział, że jeśli chcę mogę płynąć z nimi, że mogę się uczyć żeglarstwa i być nauczycielką dla Nel i Noe. Nigdy nie dowiem się co by było gdyby... Nie zastanawiam się nad tym, bo i po co. Wtedy, choć ich wspaniała kochająca rodzina była dla mojej samotnej osoby niczym woda dla spragnionego, wiedziałam że to nie jest moja droga, że to nie jest moja podróż. Czułam, że ja muszę udać się we własnym kierunku, że jeszcze długo muszę tułać się sama zanim osiągnę cel. Wróciłam na swoją łódkę i zrozumiałam dlaczego jestem tu i teraz . Jestem tutaj aby spełnić nierealne zdawałoby się marzenie i nie poddam się. To była właśnie ta MOJA PODRÓŻ!

 Następnego dnia niespodziewanie Antonio zdecydował, że wypływamy. I tak zaczęła się moja żeglarska przygoda... kraksa na morzu, dziura w kadłubie, nowe hiszpańskie przekleństwa, sprzedaż katamaranu, noc na plaży w Phuket, szkwał i podarty namiot, koczowanie w Yacht Clubie, pierwsze prace w stoczniach, pierwsze prace pod wodą, pierwsze prace jako majtek, pierwszy tatuaż, pierwsze samodzielne sterowanie jachtem, pierwsze regaty, pierwszy rejs do Australii. Nigdy więcej nie zobaczyłam Wyspy Szczęśliwych Dzieci, ale na zawsze zapamiętam lekcję, której mnie nauczyli. Marzenia trzeba spełniać, może nie zawsze będzie pięknie i kolorowo, ale warto o nie walczyć. Dla ludzi, którzy nie boją się marzyć nie ma czegoś takiego jak nieosiągalne. Dzisiaj jestem żeglarzem i mogę to potwierdzić.  

Kazik, Nel, Noe... jesteście niesamowici! Cieszę się, że to Wy wygraliście statuetkę. No i gratuluję Wam waszego spełnionego marzenia!

A to namiastka mojego spełnionego marzenia, mój Podarty bilet .