DOOKOŁA ŚWIATA - LUDZIE

Prawda jest taka, że można przemierzyć cały świat, obejrzeć wszystkie najcenniejsze zabytki i piękne miejsca, odhaczyć całą listę Lonely Planet i pominąć to co najpiękniejsze - ludzi. Mieszkańców małych miejsc, wiosek, dżungli... Tam właśnie skrywają się najcenniejsze skarby - nieskażone turystyką piękno, kultura, życzliwość i gościnności mieszkańców. To tam zapraszają zmęczonych podróżą gości nie oczekując niczego w zamian. Lubią rozmawiać, często mówią, że to dla nich zaszczyt gościć kogoś z zagranicy, dzielą się troskami, problemami, czasami zapytają o pieniądze, ale jeżeli się powie, że się ich nie ma - nie jest to powód do zerwania świeżo zawartej przyjaźni.

Najciekawszym przeżyciem w każdym z odwiedzanych krajów były dla mnie właśnie takie spotkania. Uwielbiam zapuszczać się w dzielnice "nieturystyczne", zrujnowane wioski, zaczepiać ludzi na ulicy. Zazwyczaj uczę się podstawowych zwrotów i kilku śmiesznych zdań. Dzięki temu szybko przełamują się lody i nawet gdy znajomość angielskiego jest słaba - ludzie nie czują się skrępowani. Zamiast napiętego planu zwiedzenia wszystkich możliwych zabytków wybieram luźny plan zagubienia się w pobliskiej wiosce. Sposób: pieszo lub na rowerze. Zazwyczaj najodważniejsze są dzieci i to one biegną krzycząc: Hello! Hello! Warto wtedy przystanąć i odpowiedzieć, zagadnąć w ich języku i po angielsku. Bo one są dumne, że potrafią w tym "turystycznym" języku powiedzieć już tak wiele. Czasami warto mieć coś do poczęstowania, ale też nie warto rozdawać słodyczy wszędzie naokoło, aby "Hello! Hello!" nie zamieniło się w "Bonbon! Bonbon!". Warto najpierw wdać się w konwersację, a potem wymieniać i pomagać. Ja osobiście uwielbiam wdawać się w konwersację, wypytywać, dowiadywać się o szczegóły, poznawać rodzinę (a zazwyczaj jest wiele do poznania). Lubię też zrobić zdjęcia i umówić się na np. obiad następnego dnia. Zazwyczaj dostawałam zaproszenia, które z chęcią przyjmowałam. Niesamowita jest radość udać się na zaplanowany obiad do rodziny, która czeka na Ciebie z pełną michą ryżu i ogromnym uśmiechem na twarzach. Ja zazwyczaj przynoszę coś na ten obiad, coś słodkiego dla dzieci oraz jeżeli jest tylko taka możliwość ? wywołuję zdjęcia i wręczam je wszystkim po kolei. Czasami są łzy w oczach, bo są to jedyne zdjęcia jakie posiadają (oprócz obowiązkowego małżeńskiego). Na Sri Lance zapuściłam się na obrzeża Colombo, zrujnowane wioski rybackie położone pomiędzy torowiskiem a morzem - podobno bardzo niebezpieczne miejsce. Dla mnie była to wspaniała lekcja - życzliwości, radości i pogody ducha.

Irosha już z daleka się do mnie uśmiechała gdy szłam drugą stroną torowiska przeskakując pomiędzy rozkładającymi się tonami śmieci. Ja uśmiech odwzajemniłam i pomachałam. Wtedy usłyszeć się dało tak przeze mnie wyczekiwane: Hello! Nie czekając na nic zaczęłam przeskakiwać tory śpiewając wyuczoną na pamięć piosenkę dzieci Sri Lanki, która w tłumaczeniu brzmi ni mniej ni więcej jak: ha,ha, skaczący królik... i piękne białe zęby w roześmianych ustach Iroshy zaiskrzyły w rozpalonym słońcu. Kiedy dobiegłam zlana potem szybko podstawiono mi krzesełko w cieniu palmy. Odpowiedziałam: Bohome stutti!, czyli Dziękuję! Wtedy wszyscy zaczęli już się śmiać i pytać czy mówię po syngalesku. Odpowiedziałam: Czuttu, czuttu!, czyli: Ciut, ciut! Śmiechu było wiele. Irosha zapytała czy chcę się napić wody i zaprosiła mnie do siebie do domu. Przechodząc pomiędzy zrujnowanymi budyneczkami serce się krajało. Bieda wyzierała tu z okien. Jakiż to paradoks, że na tym samym białym piasku, na którym wygrzewają się turyści i pod takimi samymi palmami kokosowymi... tyle, że kilkaset metrów dalej... świat wygląda już inaczej. Życie przestaje być paradajsem a staje się codzienną walką o pieniądze na pożywienie.

Domek Iroshy to tak naprawdę walące się cztery ściany pomalowane na błękitny niebieski kolor, który stara się przykryć smutną historię. Irosha ma 24 lata i męża od 6-ciu lat. Nie ma dzieci ponieważ miała operację. Ale mówi, że to może lepiej rozglądając się wokoło ze smutkiem w oczach. Zmieniając ton głosu zapytała czy jestem głodna i że ona ugotuje pyszny obiad. Ja niestety tego dnia nie mogłam zostać, ale powiedziałam, że jutro z chęcią przyjdę. Wyciągnęłam owoce, które targałam w swojej przepastnej torbie - wielka papaja rzeczywiście była wielka. Irosha aż zrobiła ogromne oczy. Zapytałam czy ma ochotę i że może zaprosimy kogoś. Zaraz zebrała się liczna rodzina i sąsiedzi. Papaja już nie wydawała się taka duża... J Ale wszyscy cieszyli się ze spotkania i rozmowy nie zwracając uwagi na znikający owoc. Uczyli mnie swojego języka, a ja potulnie go wkuwałam. Podstawowe pytania, na które trzeba się przygotować to:

 

  1. Where are you from?
  2. What is your name?
  3. How old are you?
  4. Are you married?
  5. Why??? (to pytanie zadawane jest zazwyczaj ze szczerym zdziwieniem na twarzy po mojej negatywnej odpowiedzi na wcześniejsze pytanie J)

 

Tutaj przykra informacja dla nerwusów - zestaw pytań zazwyczaj powielany jest każdego dnia po kilka razy - szkoła cierpliwości J

Wzruszająca romantyczna historia Iroshy o tym jak poznała swojego męża na plaży a potem mama powiedziała jej że ma dla niej partię i to był właśnie on... Szczęście w jej oczach gdy opowiadała o tym jaki jest on dobry i przystojny... A następnie smutek gdy wspominała tsunami, które zabrało im wszystko... Te i inne przeżycia Iroshy odbiły się na jej pogodnej twarzy i wywarły głębokie wrażenie na mnie. Nasze wspólne zdjęcie będzie wisiało na jej ścianie tuż obok zdjęcia ślubnego.