INDIE - AUTOBUS

Przestrzegano mnie wszędzie, że lokalny autobus to niebezpiecznie, że kradną, biją, zabijają... musiałam więc spróbować i było to najciekawsze doświadczenie jakie mnie spotkało. Rodzajów autobusów jest wiele, jeżdżą dość często. Wybrałam więc najtańszą opcję i myślę, że nigdzie indziej nie ma możliwości być tak blisko (w przenośni i dosłownie) mieszkańców małych miejscowości jak właśnie w tej klasie.

Bilet można kupić przez Internet lub w lokalnych biurach turystycznych. Musiałam potwierdzić z kilkoma osobami, żeby się upewnić, że miejsce w którym się znajduję to naprawdę stacja startowa dla autobusów. Jak dla mnie wyglądało to bardziej jak wysypisko śmieci połączone z miejscem przesiadywania kupców. No nic czekam...

Podjechał autobus, ciekawy pojazd na kołach i rzeczywiście - to tutaj. Potwierdzono moją rezerwację i wsiedliśmy. Godzina opóźnienia i ruszyliśmy.

Początkowo ludzie wlepiali we mnie oczy, ale to coś do czego się już przyzwyczaiłam. Gdy widziano mnie z zewnątrz większość ludzi machała i wołała: Hello!!! Zwłaszcza dzieciaki - biegły za autobusem i machały.

W autobusie robiło się coraz ciaśniej i ciaśniej. W pewnym momencie siedziałam na dwóch siedzeniach z czterema innymi osobami. Młoda dziewczyna siedząca obok z wielkim uśmiechem otworzyła swojego banana i zapytała: Banana? podsuwając mi go jednocześnie pod usta. Z przyjemnością odpowiedziałam takim samym uśmiechem. Opowiadała mi o swojej szkole. Zadawała pytania, a ja odwzajemniałam się tym samym. Spędziłyśmy bardzo miło kilka godzin. Niestety musiała wysiąść. Teraz miałam za towarzyszkę podróży Sajanę ? wspaniałą kobieta, wracała właśnie od swojej rodziny mieszkającej w Agrze. Wraz z nią podróżował mąż i córka. Ponieważ siedziała pośrodku zaoferowałam jej swój koc aby oparcie nie uwierało ją w plecy. Ona natomiast nakryła mnie swoim szalem ponieważ była już noc i robiło się nieco zimno. Z cudownym uśmiechem na ustach opowiadała o swoim życiu. Jest pierwszą żoną swojego męża, z którym mają jedną dwunastoletnią córkę. Druga żona czeka w ich wspólnym domu. Ona urodziła mężowi pięcioro dzieci. Jest to więc niemała rodzina doliczając do tego rodziców męża. Sajana nie przestawała się uśmiechać i opowiadać łamanym angielskim o swoim domu. Mówiąc o drugiej żonie opowiadała o niej jak o swojej najlepszej przyjaciółce i potwierdziła to mówiąc: me - first wife, she - second wife i splotła przy tym najmniejsze palce swoich małych dłoni. Cool Przemiła osoba: znała wiele słów po angielsku i wszystkie je wymieniała. Mieszka w małej miejscowości na trasie Agra - Jaipur i ogromnie mnie zapraszała. Bardzo chciała abym wysiadła z nimi i zamieszkała kilka dni. Ale skończyło się na powtórzonym kilkakrotnie: "Me - chicken - chapati - Aneta - Vodpur (nazwa jej miejscowości) - house - go". Pokochałam tę kobietę z całego serca. To prawda, że im mniej ktoś ma tym więcej chce dać. Gdy wysiadła z autobusu długo jeszcze stała i machając czekała aż odjadę.

Kolejnym moim współpasażerem był Balu. Ponieważ było ciemno Balu dopiero po chwili zauważył, że usiadł obok tzw. "białej kobiety" i chyba się bardzo przestraszył. Wlepił we mnie swoje czarne oczy i długo się nie poruszał. Na szczęście to nie był zawał i gdy posłałam mu ciepły uśmiech nieco się rozluźnił. No i zaczął konwersację, niestety nie mówił po angielsku w ogóle więc nasza wymiana zdań była bardziej opisowa niż słowna. Niemniej Balu okazał się bardzo miłym człowiekiem (pomimo nieco przerażającego wyglądu). Pokazał mi zdjęcia w telefonie, na których były jego dzieci, żona, przyjaciele. Bardzo dużo o nich opowiadał i strasznie mi było przykro, że niestety nie znam hindi. Gdy zasnęłam obudził mnie i zapytał czy nie chcę jego koca. Na zasadzie - moje przykrycie to "wypożyczony" w British Airways cienki, szary kocyk, a jego to wielki, puchaty, ciepły koc w różowe wzorki. Wymownie dał mi do zrozumienia, że nie ja i on pod jego kocem, ale on mi da swój i weźmie mój. Naprawdę dobre serce. Pokazał mi czym się zajmuje, około dwadzieścia zdjęć z rozkopanych kanalizacji miejskich oraz dumnie dał swoją wizytówkę. Gdy zatrzymaliśmy się bardzo chciał mnie zaprosić na chapali, a gdy odmówiłam tłumacząc, ze nie jestem głodna - przyniósł mi masala caj. No i w końcu zapytał czy chcę być jego żoną. I pomyśleć, że w naszym cywilizowanym europejskim świecie mężczyźni czekają po 5 lat aby o to zapytać.

Część drogi spędziłam na przedzie autobusu, gdzie kierowcy umilali mi czas opowiadając wesołe historie. Bardzo pojemna "kabina kierowców" służy tak naprawdę za miejsce dla wielu, wielu osób. Nie sposób policzyć ile ich tam wchodzi gdy autobus pęka w szwach. Bycie kierowcą na tych drogach to nie lada wyzwanie. Poza szybką jazdą należy umieć jednocześnie umiejętnie posługiwać się klaksonem, jeść i rozmawiać w tym samym momencie. Zimna krew to bardzo ważna cecha. Wokół ciemności, a nasz rozpędzony kierowca jak gdyby nigdy nic zjechał rozpędzonym autobusem na jezdnię pełną ciężarówek jadących w przeciwnym kierunku. Ja zamarłam słysząc wrzeszczące klaksony, natomiast kierowca i jego zmiennicy kiwając się nucili pod nosem dobiegającą z radia piosenkę i wesoło kiwali głowami. Rollercoasters??? To nic w porównaniu z ruchem drogowym Indii. Rozpędzone ciężarówki także nie zwalniały i jadąc "ramię w ramię" po swojej dwupasmowej jezdni zbliżały się rozpędzone. Nagle zryw, lekkie wyboje i przejechaliśmy pomiędzy ciężarówkami dosłownie muskając się lusterkami, a to tylko dlatego, ze jedna z nich wjechała częściowo do fosy. Gdy minął mi szok, zapytałam: "Co to? Dlaczego jedzie pod prąd i że o mało co a mielibyśmy wypadek?!". Na co kierowca ze stoickim spokojem odpowiedział: "Tak było bliżej do restauracji" i uśmiechnął się szeroko zjeżdżając do przydrożnego zajazdu.