INDIE - GDZIE TWOJA CZAKRA?

Gdyby Anbu mógł mówić po polsku powiedziałby: "Chodźcie za mną, pokażę Wam lepszy Świat!". Anbu nie mówi po polsku. Po cóż miałby w tym języku przemawiać... W końcu mieszka w Indiach i nigdy w Polsce nie był... Jego audytorium jak na razie nie jest liczne, jednakże samo jego istnienie zaczyna mnie zastanawiać. Spotkałam go przypadkiem, który - jak się później dowiedziałam - nie istnieje. Ja nie miałam się gdzie zatrzymać w Chennai a on miał wolny pokój... (sprostujmy... miejsce na podłodze w wejściu do kuchni).

Dotarłam pod przesłany adres, na spotkanie wyszedł mi młody mężczyzna przedstawiając się Anbu. Zaprosił do środka i pokazał mieszkanie. Parter. Miniaturowe lokum, jeden pokój oddzielony drzwiami i rodzaj przedsionka, z którego można wejść do kuchni i łazienki. Od pierwszego momentu Anbu wydał mi się "pozytywnie niezwykłą" osobą. Można powiedzieć, że mam jakiś dodatkowy zmysł, który sprawia że umiem ludzi "odczytać" przy pierwszym spotkaniu. Nie zawiódł mnie nigdy, więc i teraz postanowiłam mu zaufać... A jak się później okazało był to ważny punkt tego dnia. Zaufać sobie czy też myśleć stereotypowo...?

Bo myśląc stereotypowo powinnam wziąć nogi za pas i ulotnić się przy pierwszej okazji. Anbu to gadatliwa osoba. Ma ogromne szczęście trafiając na mnie - ja uwielbiam słuchać... Nie spodziewałam się jednak historii, która miała być moim udziałem przez kilka następnych dni.

A wszystko zaczęło się od tego, że Anbu jest z pochodzenia Tamilem. Naród ten wywodzi się z grupy ludów drawidyjskich i posługuje się językiem tamilskim. Większość Tamilów zamieszkuje indyjski stan Tamil Nadu i północno-wschodnią część Sri Lanki. Jednak można ich spotkać również poza tymi regionami, np. w Indonezji, Malezji, Singapurze i Birmie. Niestety jak to w życiu bywa, nie wszędzie ich egzystencja wygląda jak sielanka. Tamilowie indyjscy nie przejawiają aspiracji do utworzenia własnego państwa, przeciwnie - uważani są za "indyjskich patriotów". Inaczej przedstawia się sytuacja na Sri Lance, gdzie organizacja Tamilskie Tygrysy przez długi czas prowadziła walkę zbrojną o uniezależnienie się od większości syngaleskiej. 17 maja 2009 tamilscy rebelianci ogłosili zawieszenie działań zbrojnych przeciwko wojskom rządowym na Sri Lance, co oznaczało również zakończenie trwającej tam przez 26 lat wojny.  

Wracając do Anbu. Jego życie od samego początku było naznaczone. Cały znany mu świat obracał się wokół "misji", która miała stać się jego udziałem. Urodzony w rodzinie tamilskiej jako jeden z trzech synów, został wybrany do życia duchowego. Tradycja Tamilów mówi, że każda z rodzin powinna mieć trzech synów. Jeden z nich poświęci swoje życie dla rodziny - dbając o nią, drugi dla religii i społeczeństwa - przynosząc pożytek ogółowi, a trzeci ma zostać wojownikiem. Anbu narodził się jako trzeci syn i w związku z tym, że starszym braciom przypadły role: rodzinna i wojownicza, jego droga życiowa była już w pewien sposób nakreślona zanim się na tym świecie pojawił. Rodzice przywitali go z miłością i byli dumni, że właśnie przyszedł na świat ich potomek, który będzie miał taki szczytny cel w życiu. Nie wszystko jednak miało pójść zgodnie z tym planem...

W trzydziestym dniu życia dziecko zostaje odwiedzone przez mędrca, który nakreśla jego przyszłość i daje porady rodzicom. Gdy starzec pojawił się przy Anbu, zatrzymał się w bezruchu i wlepił swe przenikliwe oczy w maleństwo. Odwrócił się do rodziców i niemal na bezdechu wyrzucił: "Coś jest nie tak!!! On nie może poświęcić się bogom! W jego oczach żyje demon walki!". Następnie dał rodzicom wytyczne w jaki sposób mają wychowywać syna aby jego powołanie nie zostało zakłócone. W ten sposób Anbu został zamknięty w czterech ścianach. Naukę pobierał w domu, nielicznie odwiedzające go dzieci przyjmował w domu, lekarz przychodził do domu, jego wszechświat kręcił się wokół domu. Gdy zbliżały się jego szesnaste urodziny, matka którą kochał ponad wszystko, zakomunikowała mu, że oto nadszedł czas aby opuścił gniazdo i zobaczył jak wygląda świat. Anbu z pokorą przyjmował wszelkie słowa matki, traktując je na równi z boskimi przykazaniami.

W dniu urodzin otwarły się bramy domu i Anbu po raz pierwszy w swoim życiu miał rozpostrzeć skrzydła i wyfrunąć z gniazda. Wiedział, że tam czeka jego przeznaczenie, że kolejne dni pokażą, która droga ma stać się jego udziałem - Anbu opowiada siedząc przy stole na krześle obrotowym. Jego umięśnione ciało zdaje się nabierać powietrza przed każdym nowo rozpoczynającym się wątkiem w historii swojego życia, którą się właśnie ze mną dzielił. Z głową zadartą ku wiszącemu nad stołem portretowi zmarłej matki, opowiada dalej... jakby chciał raz jeszcze usłyszeć te słowa z jej ust. Używając zdrobniałego słowa "mama", które tak bardzo kontrastuje z jego wizerunkiem, zdradza mi okoliczności swojej podróży w czasie i przestrzeni wszechświata.

Na zewnątrz było słonecznie - kontynuuje - niby to samo słońce i ten sam żar, ale tak jakby poza bramami domu miało większą moc. Wyszedł powolnym krokiem czując na plecach wzrok zatroskanej matki. Nie wiedział czy się obracać czy nie, ale wiedział, że oto właśnie tworzy się jego własna historia. Czuł jak w jego mięśniach - mocno wyrzeźbionych przez lata trenowania wschodnich sztuk walki - rozpływa się energia. Nie miał pojęcia skąd ona się wzięła. Wiedział jednak że coś musi zrobić. Przy bramie stał rower. Nie oglądając się na nic i nikogo wsiadł na pojazd i ruszył. Z każdym kolejnym cyrklem zataczanym przez jego łydki, kolana i uda czuł coraz większy napływ energii. Moc, która napełniała jego nogi zaczęła rozprzestrzeniać się na całe ciało. Dotarłszy do serca zaczęła wyciskać z niego soki. Wypełniły one jego oczy i poczuł, po raz pierwszy w  swoim życiu, łzy... Prawdziwie słone łzy. Nigdy wcześniej nie płakał w związku z przeżywanymi emocjami. Może jako dziecko gdy stłukł kolano, ale nigdy z powodu, który pojawił się w jego wnętrzu. To właśnie wtedy, pierwszy raz w swoim życiu, poczuł smutek. Pędził na rowerze przed siebie, widząc to co wcześniej było tylko w jego wyobraźni. Teraz jawiła się przed nim rzeczywistość, namacalny dowód na to że świat poza bramami ogrodu istnieje nie tylko w książkach.

Tak oto Anbu rozpoczął swą podróż... Kilka miesięcy przemierzał na rowerze nieznane mu zakamarki Indii. Nie miał zegarka, kalendarza czy mapy, nie podążał za kompasem. Jadł to co oferowali mu gościnni ludzie, spał pod gołym niebem. Jedynym wyznacznikiem jego drogi był instynkt, który zawiódł go w góry. Tam medytował przez 30 dni. Chciał doznać oświecenia. Niczym Buddha poszukiwał prawdy, której został pozbawiony poprzez ograniczenie jego świata do złotej klatki domowego ogniska. Instynkt zawiódł go w końcu z powrotem do domu. Z powrotem trafił w opiekuńcze ramiona zatroskanej matki, jednak tym razem jego wnętrze nie było już tak niewinne, skalane zostało obrazami rzeczywistości. Świata, w którym panuje prawo silniejszego, sprytniejszego i bardziej brutalnego. Oczy pomimo, że patrzyły na rodzicielkę z miłością, nie były już tymi samymi oczyma. Były naznaczone przez słone łzy prawdy, a wyżłobione nimi bruzdy miały już na zawsze rzucać cień na jego postrzeganie świata. Powróciło ciało, ale Anbu którego znano w domu już nie istniał. Zagubił się gdzieś w pięknej krainie Tamil Nadu i na zawsze miał tam pozostać.

"Misja... mam do wykonania misję!!!" - z tymi słowami budził się każdego ranka. Po czym spocony rzucał się w wir morderczego treningu. Padając na twarz ze zmęczenia zastanawiał się: Jaka jest moja misja?... Medytował całymi dniami. Jego ciało stało się rzeźbą z mięśni umęczonych godzinnymi treningami. Kim jesteś? Zadawał sobie pytanie spoglądając w odbicie w lustrze. Czuł się zagubiony...

Pewnego dnia miał dostać odpowiedzi. Wracając wieczorem do domu znalazł przy drodze człowieka. Mężczyzna jeszcze żył, ale nie reagował na jego pytania. Widząc zmaltretowane ciało Anbu pochylił się, podniósł je z ziemi i ruszył pędem po pomoc. Biegnąc tak poprzez zabłocone pola, czuł jak ciało w jego ramionach z każdą sekundą jest lżejsze o kolejną iskierkę życia. Płomyk się wypalał i jedynie napotykane raz na jakiś czas oczy pobitego mężczyzny, przepełnione bólem i smutkiem zdawały się zapewniać Anbu, że człowiek ten godzi się ze swym losem. W ich głębokim brązie odbijał się blask księżyca... aż w końcu blask przestał istnieć. Anbu poczuł jak właśnie w jego ramionach zgasła radość życia. Padł na kolana i zaniósł się krzykiem. Jego oczy wypełniły łzy, kolejny rodzaj łez... Smakowały gorzko, tak gorzko jak gorzkie wydawało się być życie w świecie pełnym niesprawiedliwości. Dla Anbu był to przełom w jego poszukiwaniach. Klęcząc na błotnistej drodze, z martwym mężczyzną w swych ramionach czuł jak jego serce zaczyna wypełniać nienawiść. Cała miłość do świata wraz z ostatnią sekundą życia tego mężczyzny zamieniła się w nienawiść do tegoż samego tworu. Z rozpaczą w głosie krzyczał w kierunku nieba: "Wyplenię to wszystko!!! Całe to zło!!! Zabiję każdego złego człowieka i już nie będzie więcej zła na świecie!!!". Niczym naiwne dziecko, ograniczone przez swą nieświadomość lub raczej nieograniczone poprzez swój brak świadomości, wierzył że on jeden pokona całe zło świata. Tej nocy postanowił, że poświęci swoje życie temu jednemu celowi. Droga, którą obrał przepełniona była żalem, smutkiem i nienawiścią. Następnego dnia zaczął przygotowywać się do wojny.

***

Tam gdzie kończy się dzieciństwo, tam zawsze pojawia się egzystencjalny ból istnienia w niedoskonałym świecie pozbawiającym Cię każdego dnia dziecięcych złudzeń zwanych marzeniami.

***

Ból Anbu stał się jego siłą. Zwielokrotniona latami treningów i medytacji siła fizyczna szła w parze z siłą duchową. Charyzma i niesamowicie głęboki głos, który w moim wyobrażeniu posiadali tylko wyjątkowo obdarzeni przywódcy i psychopaci, sprawiły, że Anbu bez problemu zgromadził wokół siebie grupę... wyznawców. Niczym guru dawał im nadzieję, że dzięki wierze i pracy nad ciałem i umysłem osiągną oni głęboki stan świadomości i będą w stanie kontrolować innych, eliminując w ten sposób zło... i na ziemi zapanuje pokój. Grupa ludzi podążających za nim stawała się coraz liczniejsza. Jednak on postanowił wybrać spośród nich tę najsilniejszą garstkę tworząc Niezniszczalną Armię Dwunastu, która w jego mniemaniu miała pokonać całe zło świata. W swojej ograniczonej koncepcji wszechświata nie był w stanie sobie wręcz wyobrazić jak wiele okrucieństw istnieje w odległych zakątkach globu, z których istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy. Nie było w jego świadomości wojen, ludobójstwa i obozów koncentracyjnych. Wierzył jednak, że jego Armia Dwunastu będzie w stanie ten świat naprawić poprzez stawienie czoła lokalnemu gangowi i pokonanie go siłą ale bez użycia siły... Anbu miał osiemnaście lat. 

Młody Anbu Dwunastu wybranych wierzyło natomiast, że są niczym mesjasze dla świata i oto właśnie zapoczątkowują nową erę. I dobro zwycięży zło. Byli gotowi pójść za Anbu w ogień. Byli gotowi poświęcić dla niego swe życia. Jak się później okazało ich gotowość została wystawiona na próbę. I niestety było bardzo blisko aby doszło do najgorszego. Strategia Anbu zakładała podział na czwórki. Pierwsza miała iść na stracenie, druga na poruszenie, a trzecia na nawrócenie, po tym miał wejść on jako nowy mesjasz. Armia Dwunastu składała się z młodych mężczyzn. Wszyscy trenowali sztuki walki i medytowali. Biorąc przykład ze swojego guru byli coraz bliżej ideału - Anbu. Ich niezachwiana wiara w misję, którą mieli do wypełnienia i charyzma przywódcy tworzyła z nich prawdziwie silną grupę... Gotową na wszystko.

Nastał czas spełnienia... Anbu wysłał do lokalnego gangu informację, że oto właśnie tego dnia dobro zwycięży zło. Cały dzień Niezniszczalna Armia Dwunastu poświęciła na medytację. Napełnieni wewnętrzną siłą i wiarą w słuszność swojej misji ruszyli na ścieżkę wojenną.

***

- Pokaż mi swoją czakrę! - rzekł nagle Anbu.

- Co? - odpowiedziałam pytająco nie rozumiejąc prośby.

- Masz czakrę! Ja to wiem! - rzekł.

Mniej więcej miałam wyobrażenie co pojęcie "czakra" znaczy, ale wciąż jego prośba wydawała mi się irracjonalna. Czakra to ośrodek energetyczny w ciele, czyli miejsce, gdzie krzyżuje się wiele kanałów i gromadzi się energia. Nie miałam jednak głębszej wiedzy na ten temat i pytanie: "Pokaż mi swoją czakrę" brzmiało dla mnie niczym pytanie: jak smakuje księżycowy pył...

Wszystko jedno, Anbu stwierdziwszy, że nie znam swojego potencjału kazał mi wyciągnąć przed siebie dłonie... Oglądał je przez dłuższy czas, z każdej strony, pomrukując coś pod nosem... "Nie ma!?!" - rzekł zawiedziony i odepchnął moje dłonie, ale w tym samym momencie spojrzał na moją głowę i zaczął przeszukiwać moją czuprynę. "Też nie?" - rzekł jeszcze bardziej zawiedziony. Coś jednak ewidentnie nie dawało mu spokoju i patrząc na mnie swoim przenikliwym wzrokiem wyszeptał przez zęby: "Ja wiem, że ją masz...". Według jego teorii ludzie dzielą się na tych, którzy cieszą się życiem i tych, którzy nie mogą się odnaleźć w "normalnym świecie". Tych drugich cechuje: pasja, inteligencja, szaleństwo, brak przywiązania do rzeczy i świadomość istnienia ponadczasowych prawd. Oni też mają niespożyte pokłady energii. Nie mogą się odnaleźć w życiu rodzinnym i wciąż poszukują swojego miejsca na Ziemi. Oni właśnie są naznaczeni czakrą - wizualnym ośrodkiem energetycznym w ciele, czyli miejscem, gdzie krzyżuje się wiele kanałów energetycznych i gromadzi się energia prana. Ośrodek ten odbiera, magazynuje i promieniuje energię o wibracji właściwej dla swojej funkcji, a rozwijanie czakr prowadzi do rozwoju wewnętrznego i duchowego wyzwolenia. Mogą się one pojawiać na różnoraki sposób, ale zazwyczaj jest to splot linii papilarnych układający się w regularne kręgi na jednej z dłoni. Anbu był pewien, że ja takową czakrę posiadam i że jestem tak jak i on stworzona do przynoszenia dobra światu a nie do życia w tym świecie.

***

Niezniszczalna Armia Dwunastu była gotowa na stawienie czoła lokalnemu gangowi. Anbu rozpostarł swe ramiona ponad głowami pierwszej czwórki i w skupieniu przekazywał im swoją energię. - Idźcie - rzekł, a oni posłusznie ruszyli przed siebie. Szli na "stracenie". Ich zadaniem było stanąć przed lokalnym gangiem i bez użycia siły spojrzeć im w oczy. Dać się pobić a nawet zabić, ale nie używać przemocy. Z niewzruszoną miną przyjąć to co przyniesie los. Pokazać siłę drzemiącą w spokoju duszy i upokorzyć w ten sposób członków gangu.

Zamierzony plan w oczach Anbu był planem idealnym. Miał w kilku etapach rozłożyć lokalny gang i udowodnić, że dobro zawsze wygrywa, a zło można pokonać. Mężczyźni wyruszyli na spotkanie gangu. Szli znając swoje przeznaczenie i wiedząc, że mogą już nie wrócić.

***

W tym miejscu Anbu zawiesza głos. Spogląda znów na portret matki, jakby raz jeszcze spowiadał jej się ze swego czynu. Czuję, że nie wie jak mi opowiedzieć dalszą część historii. Z przyjętego tonu głosu mniemam, że stało się coś nieodwracalnego i tragicznego w skutkach. Czekam... Nie wyciągam nic na siłę. Jego historia zdaje się być bardziej zagmatwana niż mi się z początku wydawało.

***

Młody AnbuMężczyźni stanęli przed swymi oprawcami. Twarzą w twarz spotkali się ze swym przeznaczeniem. Ile w nich było wiary a ile zgubnego przeświadczenia o swej nieśmiertelności wiedzą tylko oni. Anbu zawiesza głos i ze łzami w oczach mówi: "To była moja wina...". Mężczyźni zostali brutalnie pobici i ledwo uszli z życiem tylko dzięki zbiegowi okoliczności jakim był nagle wyjeżdżający im naprzeciw autobus. Jeden z nich stracił oko, drugi do końca życia miał mieć niesprawną prawą rękę.

Druga czwórka stała w gotowości do wyruszenia. Szli na "poruszenie". Mieli oni za zadanie odpierać ciosy napastników, ale tylko na zasadzie obrony. Pokazać swoją siłę drzemiącą w duchu i ciele, ale siłę opartą na wierze a nie na nienawiści. Oni także zostali dotkliwie pobici i z trudem udało im się uniknąć morderczych ciosów.

Gdy ostatnia z czwórek ruszała na spotkanie swoich wrogów, Anbu nie był już taki pewny słuszności swojej taktyki. Patrząc na swoich wojowników, którzy zwijając się z bólu leżeli na zakrwawionej podłodze, szeptał sam do siebie słowa mantr i starał się zrozumieć coś z czego sobie nie zdawał wcześniej sprawy. - Jak daleko można się posunąć realizując szczytny cel? Jak bardzo można narażać życie jednostek dla ratowania ludzkości? I kim ja właściwie jestem aby o takich rzeczach decydować? Czy ja jestem bogiem, mesjaszem, prawdą stąpającą po Ziemi? Te i inne pytania zachwiały jego wiarą i wypełniły jego oczy łzami.

Ostatnia czwórka wyruszyła... Ich zadaniem było "nawrócenie". Mieli oni przejąć kontrolę nad gangiem i przygotować jego członków na spotkanie z Bogiem, którego przedstawicielem miał być nie kto inny jak Anbu. Jednak już w drodze na miejsce spotkania zostali oni zaatakowani przez gang, który miał już przygotowaną własną taktykę. Mesjasz przybył za późno...

Anbu zrozumiał: "Nie jestem bogiem..."

***

Wiele lat później, po kolejnych nieudanych próbach "normalnego życia" Anbu znalazł nowy sposób na wyzwolenie świata od zła. Postanowił nakręcić film. Miał on pokazać ludziom WIELKĄ IDEĘ i poprowadzić ich do odnalezienia prawd pierwotnych, o których istnieniu zdali się zapomnieć. Film opowiada historię mężczyzny, który próbuje istnieć w zastanym świecie. Jednak egzystencjonalne pytania w jego umyśle nie dają mu spokoju i nie pozwalają na "normalne" życie. Człowiek ten jest naznaczony czakrą. Pewnego dnia poddaje się przeznaczeniu, rozstaje z ukochaną kobietą i wyrusza na poszukiwanie siebie. Droga wiedzie go w góry gdzie spędza kilka miesięcy medytując i osiągając wyższy stan świadomości. Wraca jako nowy człowiek - odmieniony. Jednak świat jaki zastaje po powrocie też nie jest już taki sam.

Historia głównego bohatera wydaje się wracać do punktu wyjścia. Do czasu, gdy Anbu jako młodzieniec starał się stanąć na wysokości boskiego piedestału i decydować o tym co jest dobre a co złe. Do pytań, które nękały Anbu od zawsze, fundamentalnych pytań o wartość życia i śmierci. I o to kto może o tych wartościach decydować. Realizacja filmu stanęła jednak w martwym punkcie. W rolę głównego bohatera wciela się (rzecz oczywista) Anbu. Postać ukochanej była początkowo grana przez jego dziewczynę - kobietę, którą rzeczywiście kochał. Jednak po burzliwych przejściach ich drogi się rozeszły. Anbu stracił chęć do tworzenia. Nie miał już siły by walczyć ze światem. Zarzucił projekt i zapadł w bezuczuciowy letarg. Wtedy na jego drodze pojawiłam się ja. Niczego nieświadoma zatrzymałam się przypadkowo w Chennai. Ale jak twierdzi Anbu przypadki nie istnieją.

W drugim dniu mojego pobytu w Chennai (dawniej Madras) wybraliśmy się na zakupy. Takie tam... ryż i orzeszki. Był wieczór, w drodze na targ usłyszałam muzykę. Niesamowita melodia. Dźwięk bębnów stawał się coraz donośniejszy. Nie mogłam się od niego uwolnić. Moje nogi same rzuciły się w wir tańca. Ten sam, który wprowadza tancerzy w trans i ekstazę. Na małej lokalnej scenie kolorowo ubrane dziewczynki podążają w rytmicznym ruchu za swoim mentorem. Przelotnie uchwyciłam błysk w jego ciemno brązowych oczach. Kim on jest? Kapłanem? Szamanem? Tancerzem? A może aktorem? 

***

Codziennie dokonujemy wyborów. Niektóre zmieniają nasze życie o 180 stopni a inne dotyczą rodzaju ryżu. Czy to czyni je mniej ważnymi?

***

- Przestań tańczyć! - krzyknął z furią w głosie wyciągając mnie z tłumu roześmianych dziewczynek.

- Anbu?! Co Ty robisz? - zapytałam zdezorientowana

- Ty tańczysz a świat nadal opętany jest demonami zła! Marnujesz cenny czas jaki jest Ci dany! Nie rozumiesz, że mamy do wykonania misję? Jesteś jak inni! Jesteś jak ona! Jak Lisa! Ona nie chciała walczyć... ona chciała tańczyć...

Teraz zrozumiałam. Anbu poszukiwał wielkich rozwiązań, miał obsesję na punkcie wypełnienia swojej misji. Wierzył, że Lisa, jego ukochana kobieta, jest z nim, potrzebował jej, ale zaślepiony ambicjami wyzwolenia świata zatracił sens istnienia w tym świecie. Ranił innych co ostatecznie raniło jego samego. Lisa odeszła a wraz z nią jego cały świat.

- Anbu spójrz na siebie. Czy Ty w ogóle słyszysz co Ty mówisz? Dostrzegasz tylko morza i oceany a nie zauważasz rzek i strumieni, a to właśnie one napełniają zbiorniki wodne dostarczając światu życiodajnego napoju - starałam się mówić jego językiem - Wypatrujesz przyszłości, wyjątkowego momentu w którym Świat się zmieni, a przeoczasz lata, lata gdy rzeczywiście możesz coś zmienić. Uważasz, że nie warto zatrzymywać się nad zwykłą, mało ważną chwilą. A ja powiem Ci jedno: W ŻYCIU NIE MA ZWYKŁYCH CHWIL !!!

- Czego ode mnie wymagasz? Zaprzestania walki?

- Niczego od Ciebie nie wymagam Anbu. Jestem Twoim sprzymierzeńcem w tej walce. Chcę Ci tylko otworzyć oczy. Chcę byś zrozumiał, że siła walki ze złem tego świata nie leży w walce ale w pokoju. Europejski pisarz - Goethe napisał kiedyś wspaniałe dzieło o nazwie Faust. Pada tam znamienne zdanie opisujące Diabła - katolickiego demona, który walczy z Bogiem: "Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro..." bo wiecznie przegrywa z Bogiem. Ciebie można opisać na odwrót. Jesteś częścią swojej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie zło czyni...

Z tymi słowami odwróciłam się i odeszłam pozostawiając oniemiałego Anbu pośrodku gwarnej ulicy.

***

Znowu nie ma prądu. Codziennie o tej samej porze wyłączają ten dar cywilizacji a wraz z nim obumierają wszelkie mechanizmy i zapada cisza. Siedząc na krześle obrotowym wyciągnęłam nogi na ogromny wiatrak znajdujący się w pokoju z nadzieją, że za moment wróci mu moc. Spoglądając na obdrapany sufit starałam się nie wykonywać żadnych ruchów czując jednocześnie jak całe moje ciało oblepia gęsta zawiesina zwana potocznie Madraskim powietrzem. Nie widziałam Anbu od wczoraj. Zastanawiałam się gdzie jest i czy aby nie powiedziałam za dużo. Nie miałam złego zamiaru, ale zdawałam sobie sprawę, z tego że moje słowa mogą zostać odebrane opacznie. Nie chciałam pozbawiać go wizji o wspaniałym świecie jaki może stworzyć, ale wiedziałam, że droga którą obrał nie służy nikomu, rani jego bliskich, jego samego i przypadkowych statystów pojawiających się na scenie jego życia.

I wtedy niczym zjawa pojawił się Anbu. - Masz, masz!!! Wiedziałem, że masz!!! Twoja czakra!!! - wykrzyczał chwytając moją stopę i przekręcając ją w moją stronę prawie łamiąc w ten sposób moją kostkę. Zaszokowana tym nagłym zdarzeniem zaliczyłam wywrotkę na chybotliwym krześle obrotowym. Spojrzałam na swoją stopę i skołowana leżałam tak na betonowej podłodze zastanawiając się jakie emocje powinno u mnie wywołać to nagłe odkrycie. Radość Anbu okazała się być jednak tak mocno zaraźliwa, że zaczęłam śmiać się razem z nim. Nasz głośny wybuch śmiechu tłumiony gęstym powietrzem grzmiał w popołudniowej ciszy niczym dwa wulkany, niczym dwie nieograniczone energie pochodzące z tego samego źródła. Nagle Anbu zamilkł a następnie ukląkł i powiedział: - Dziękuję. Otworzyłaś mi oczy. - W tym momencie włączył się elektryczny wiatrak z hukiem rozpraszając mikroskopijne drobinki powietrza zawieszone w chwilowo nieruchomej przestrzeni.

Czakra zaistniała na mojej stopie a jej istnienie wdarło się do mojej świadomości. Jednak jej znaczenie wciąż było dla mnie niejasne. A w głowie pojawiło się pytanie: "Na ile czakry wpływają na ludzkie życie a na ile to ludzie wpływają na ich pojawienie się?..."

*** 

Gdy wyjeżdżałam Anbu zawiesił swoją dłoń na moim ramieniu i rzekł:

Trzydziestoletni Anbu


- Wiem, że w Twoim świecie postrzeganie rzeczywistości opiera się na tym co widzisz. Wiem, że wielu znaków nie potrafisz pojąć i zmagasz się sama z sobą szukając odpowiedzi na dręczące Cię pytania. Aby znaleźć spokój ducha musisz czerpać siłę ze swojego wnętrza, ze swojej czakry. A aby to uczynić musisz uwierzyć w to czego oczy nie widzą. Czakra jest Twoim sprzymierzeńcem a nie wrogiem. Ja wiedziałem, że ją masz gdy tylko Cię spotkałem. Twoja energia emanuje bardzo silnie. Nasze spotkanie to nie przypadek. Ty byłaś mi potrzebna do ponownego odkrycia mojej siły, a ja Tobie do odnalezienia wiary.

Rozstaliśmy się na ruchliwym skrzyżowaniu w centrum miasta Chennai. Może i jesteśmy całkowicie inni, mówimy innymi językami i śnimy o innej przyszłości. Ale w świecie Anbu jesteśmy niczym brat i siostra bo nasza energia pochodzi z tego samego źródła. A jej siła nie zna granic.

Miesiąc później, na Sri Lance poczułam dziwną ochotę aby skontaktować się z Anbu. Nie uczyniłam tego, ale niespodziewanie on do mnie zadzwonił. Zaniepokojony pytał czy wszystko u mnie w porządku. Ja z radością odpowiedziałam, że tak. Rozłączając się Anbu rzekł: - Ale uważaj na siebie bo coś mi nie daje spokoju. Tego samego dnia miałam przykry wypadek na motorze. Czy to zbieg okoliczności? Według teorii Anbu"przypadek" nie istnieje.


***

Jakkolwiek Świat jest skonstruowany i jakkolwiek wygląda nasza wiara w istnienie czegoś, czego sceptyczny umysł nie potrafi wyjaśnić - zawsze znajdzie się ktoś kto uświadomi nam, że prawda może wybiegać daleko poza naszą wizję świata o ile tylko pozwolimy naszemu umysłowi otworzyć się na głębsze doznania. 

   http://www.youtube.com/watch?v=kCif1hANvVo