INDIE - ZOSTAĆ MAHUTEM

Zatrzymałam się na lokalnej farmie słoni pod Jaipurem. Niesamowite doświadczenie! Miałam okazję poznać życie właścicieli tych zwierząt i opiekujących się nimi jeźdźców. Czułość jaką obdarzają oni te ogromne zwierzęta jest niesamowita. Słonie są częścią ich życia i wręcz stają się członkami rodziny. Farmy są dwie: jedna w miasteczku a druga nieco na uboczu. Kilka dni i? zakochałam się w tych zwierzętach. Tak samo miał kilka lat temu Fabio. Z pochodzenia Włoch ale urodzony i wychowany w Genewie. Od małego żywił niesamowicie silne uczucia względem zwierząt, uwielbiał z nimi spędzać czas i opiekować się gdy tego potrzebowały. W swoim życiorysie ma zarówno wojsko, jak i pracę w cyrku i własną piekarnię. Gdy jego brat zginął w nieszczęśliwym wypadku w Australii pojechał tam wraz z rodzicami aby ich wspierać w angielskim. Ta podróż niestety skończyła się równie tragicznie. W wypadku ledwo uszli z życiem. Fabio przez długi czas musiał się poruszać na wózku, jego mama pozostała na wózku do tej pory. Pomimo tego przyroda Australii tak go zafascynowała, że postanowił się tam przeprowadzić na stałe. Spakował manatki, sprzedał piekarnię i już prawie miał wyruszać gdy stwierdził, że po drodze odwiedzi Indie. Jego pierwszym przystankiem był Jaipur. Tutaj poznał Balu i jego rodzinę, którzy byli właścicielami farmy słoni. Zwierzęta tak go zaczarowały i w Indiach pozostał do teraz, ponad trzy lata.

Na początku pomagał przy słoniach z czasem zrobił licencję jeźdźca i teraz pracuje wożąc turystów na grzbiecie swojego słonia. Podobno jest najdowcipniejszym z ?Riderów? i po poznaniu go bliżej stwierdzam, że to może być prawda J Swoją miłość do zwierząt przelewa nie tylko na słonia, którym się opiekuje, ale również na konie, których ma w ogródku aż 3, dwie papugi i psa - dobermana przywiezionego z Bangkoku. A, no i są jeszcze rybki...

Fabio pozwolił mi na przejażdżkę na jednym z jego koni. 


Tak naprawdę zapytał czy jeździłam konno, na co ja zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że tak. Nie dopytał szczegółów a powinien bo moja jedyna przejażdżka konno była w Nepalu, do dżungli, patataj bez przerwy przez 4 godziny, ja trzymałam się kurczowo siodła, a mój koń tak naprawdę podążał za koniem z przodu. Nie wiedziałam jeszcze ile emocji zafunduje mi mój nowy znajomy. Pojechaliśmy do dżungli pełnej dzikich zwierząt. Ryczenie tygrysa było tak donośne, że ciarki mi przebiegały po plecach. Żeby było ciekawiej Fabio postanowił "wyszaleć" swojego konia. Zdradził mi, że kilka tygodni wcześniej jego szalony koń go zrzucił i przez stłuczone biodro nie mógł jeździć, a konie biedne stały w zagrodzie. Tak więc puścił się galopem (taki galop to ja widziałam tylko na filmach), a mój koń puścił się za nim... galopem. Aaaaaaaaaaaaaa!!! To była jedyna komenda jaka padała z moich ust. A ciągnięcie lejcy tak naprawdę nic nie pomagało. Serce w gardle ale nic - skoro go nie zatrzymam to muszę się dostosować. Starałam się wczuć w pęd konia i jakoś skoordynować ruchy ale nie - to było za dużo. Przez krzaki, łąki, pola!!! Pędzi Aneta na swoim czarnym rumaku. Trzyma się go kurczowo nogami i rękami, a jej głowa podskakuje tam i z powrotem. Dzieciaki w wioskach miały niezłą radochę. Robiło się już ciemno i Fabio postanowił, że trzeba szybko wracać. Zabrał mnie najkrótszą drogą - drogą główną miasta. Pełną rozpędzonych ciężarówek, szalonych motocyklistów, słoni, wielbłądów, no i ludzi. Koń Fabio wpadł w szał i rzucił się pędem przez to wszystko - no i zgadnijcie co zrobił mój. Aaaaaaaaaaaa!!! moja ulubiona komenda. Łzy w oczach (od wiatru oczywiście) i światła ciężarówek. Klaksony i okrzyki dzieciaków. Nie wiem jak ale koń dobiegł do zagrody i stanął dęba. Po czym potulnie stanął na czterech rozgrzanych kopytach. Zsiadając nie udało mi się ustać na rozdygotanych nogach i spadłam na glebę. Fabio podbiegł i roześmiany wykrzyczał, że jutro zabierze mnie na prawdziwą przejażdżkę. Nie ma to jak znaleźć przyjaciół którzy zorganizują Ci codzienne atrakcje abyś mógł miło spędzić czas w ich mieście. 

Niesamowite jest życie ze słoniami w jednym stadzie. Balu - właściciel słoni - jest muzułmaninem. Ma ogromne serce dla tych zwierząt, zresztą dla ludzi tak samo. Biznes przejął po ojcu i za każdym razem gdy go wspomina widzę jak mu się łza kręci w oku. Lucky to jego "ukochana", z czułością głaszcze jej głowę. Lucky pomimo, że ma dopiero 6 miesięcy jest sporej wagi. Zadziorna - lubi się bawić. Podrzucając trawę na soją głowę dawała nam do zrozumienia, że my powinniśmy też się tak bawić :) Pokój Balu jest praktycznie w jednym pomieszczeniu ze słoniami. W przyszłości chciałby wybudować ponad farmą hotel gdzie mogliby przyjeżdżać goście z całego świata i oglądać jego słonie. Miałam szczęście, że przyjechałam do Jaipuru w okresie ślubnym. Wszystkie słonie były codziennie malowane na nowe ceremonie. Oczywiście ja też pomalowałam swojego słonia i mogę szczerze powiedzieć, że było to "największe" dzieło mojego życia. 

Od kiedy Balu poznał Fabio - nazywa go swoim najlepszym przyjacielem. To Balu tak naprawdę dał pracę Fabio. Balu ma 30 lat. Nauczył mnie hmmm... jeździć słoniem. Niesamowite uczycie gdy kierujesz takim wielkim zwierzęciem a ono posłusznie stosuje się do Twoich komend i swoim powolnym stąpaniem wiezie Cię tam gdzie sobie życzysz. Najśmieszniejsza część jazdy to było parkowanie. Wsteczny to głośny okrzyk i powiem szczerze że zdarłam sobie gardło. Balu był ze mnie dumny i powiedział, że jeżeli zostanę w Jaipurze to da mi słonia pod opiekę i prawo jazdy na słonia. Mówi, że jako pierwsza kobieta - jeździec będę zarabiać krocie. Hmmm... warte przemyślenia :)