KAMBODŻA - OPOWIEŚCI (PRZY)GRANICZNE

Pociąg dojeżdżał do miejscowości Aranyaprathet. Moja kilkugodzinna podróż, podczas której ściśnięta z trzema osobami próbowałam wytrzymać bez ruchu na twardej ławeczce, dobiegała końca. Niby pociąg z zewnątrz się nie różni, ale dam sobie rękę uciąć, że te siedzenia przystosowane są do typowo azjatyckich wymiarów nóg i pośladków. Nawet przejścia wydają mi się mniejsze. 

Bangkok opuszczałam bez żalu, a wizja Kambodży jawiła mi się niczym wspaniała przygoda. Tak też miało być od pierwszych momentów. Wyczytane z wszelakich możliwych źródeł przestrogi tkwiły mi w głowie. Granica = problemy. Z Bangkoku do Aranyaprathet kursują dwa pociągi: poranny (6:05) i popołudniowy (13:05). Ze względu na nocleg w odległych częściach Bangkoku wybrałam opcję drugą. I to był ewidentny błąd. 

Gdy pociąg wtaczał się na stację w Aranyaprathet słońce nieśpiesznie schodziło już za horyzont. Wraz z odgłosem hamulca dało się słyszeć krzyki krwiożerczych Tuk-Tuk-arzy ściśle oblepiających wejścia do pojazdu. Nie było możliwości obejścia tego tłumu i koniecznie trzeba było się przecisnąć przez ten tłumnie zebrany krąg "przyjaciół", którzy czekają aby Ci pomóc. Tak, tak... "przyjaciel" przecież jest od tego aby Ci wskazać drogę, podwieźć, wywieźć i doszczętnie ograbić. A ty nawet o tym nie będziesz wiedział i z uśmiechem mu podziękujesz.

Nic z tego! Z takim nastawieniem, i co sekundę powtarzanym: "Nie! Nie!" zaczęłam szukać innych osób, które jadą w stronę granicy. Bo pociąg przez granicę nie przejeżdża. Zatrzymuje się w Aranyaprathet, miasteczku położonym około 13 km od przejścia. Stąd trzeba dojechać Tuk-Tukiem do granicy, przejść ją pieszo i po drugiej stronie dojechać granicznym busem do dworca skąd można już udać się w podróż w głąb kraju. Haczyk tkwi w tym aby przez ten odcinek drogi:

- nie dać się zrobić w balona lub bambuko,

- nie dać się wydutkać,

- nie dać się nabić w butelkę,

- i wiele innych określeń, których na stronie niestety nie mogę umieścić?

Z silnym postanowieniem, że nie chcę opowiadać historii mojego przejścia używając powyższych zwrotów udałam się w kierunku postoju Tuk-Tuków... na pożarcie. Oblepiona przez tłum mężczyzn krzyczących: "Hello! Tuk-Tuk?!" i z uwieszonym na plecach ciężarem wcale nie byłam w nastroju do miłych pogaduszek. Sama podeszłam do jednego z pojazdów i krzyknęłam: "Border! Fifty rupies!" Na co kierowca zaśmiał się i krzyknął: "One hundred!!!". Na co ja zaśmiałam się i podeszłam do następnego z tym samym tekstem. Powoli tłum się zmniejszał. Turyści godzili się na każdą zaproponowaną cenę i jechali w siną dal z "przyjaciółmi". Po chwili kierowcy krzyczeli już tylko - 80 rupii. Aż doszłam do poziomu 60 rupii i krzyknęłam: ok! Tak ubity interes wymagał wspólników. Dwóch chłopaków z UK zmagało się kilka metrów dalej negocjując cenę ze 100 do 80 rupii. Krzyknęłam tylko, żeby się dołączyli do mnie. Momentalnie ich rozmówca zszedł do 70-ciu. Za późno. Zapakowaliśmy się w trójkę do mojego pojazdu i wyruszyliśmy na spotkanie granicy. Ostro to podkreślaliśmy: "Chcemy do granicy!". No i podwiózł nas ten Tuk-Tukowy kierowca do miejsca, które miało być granicą. Podjechaliśmy pod biały budynek, wielki napis: "Visa" pojawił się przed naszymi oczami i na powitanie wyszedł nam uśmiechnięty pan, który od razu zapytał skąd jesteśmy i jak minęła droga. Ta uprzejmość z miejsca wydała mi się podejrzana. Na granicy ona raczej nie występuje. Weszliśmy do budynku, podano nam formularze i długopisy. Wow! To z pewnością nie jest granica. Bez kolejki, i z miłym serwisem? Nie możliwe...

Przerywając monolog pana w eleganckiej koszuli, który opowiadał jak wypełnić formularz, zapytałam: "How much?!?". Nie było w tym pytaniu uprzejmości a raczej oziębła informacja - "wiem, że blefujesz". Pan się nieco zmieszał, ale nie zaprzestał monologu i opisując dalej formularz odpowiedział mimochodem, że 1000 Baht. Zdążyłam tylko wykrzyknąć: "What?!" i zaczęłam się zbierać z mojego krzesełka. Koledzy z UK trochę zdezorientowani też zaczęli się zbierać. Pan zaczął nas powstrzymywać, ale zapytałam go tylko gdzie jest granica. Na co on, że jesteśmy na granicy. Na co ja, że na granicy wiza kosztuje 20 USD, a u niego 1000Baht (waluta tajlandzka odpowiadająca ok 30USD). On na to, że podrożała. Ja na to, że on oszukuje. I tak się przekrzykiwaliśmy a na zewnątrz zapadał zmrok...

Nie zważając na przestrogi, że nie dostaniemy wizy, wyszliśmy stamtąd głośno wykrzykując żeby nam pokazali gdzie jest prawdziwa granica. Oni na to, że granica jest tutaj a dalej jest tylko policja i nie puszczą nas bez wizy. Ostro się jednak trzymaliśmy swojego i w końcu niezadowolony pan, wykrzykując coś w niezrozumiałym dla nas języku machnął na swojego kolegę. Ten wstał i pokazał nam drogę. Za budynkiem, za krzakami, przejście przez ulicę i drogą prosto. Ok... to już nam wystarczy!

Maksymalnie wkurzeni, ale zadowoleni wyszliśmy na ulicę, którą przemierzał tłum... mieszanka tajsko - kambodżańska. Turystów nie widzieliśmy, ale podążyliśmy drogą za masą. Szybko dotarliśmy do pierwszego budynku. Odprawa tajlandzka. Nieco nam zeszło bo w Tajlandii trzeba wypełnić kilka papierków i dać się pooglądać i utrwalić w ichniejszej bazie danych poprzez kamerkę, w którą się należy pięknie uśmiechnąć. Przeszliśmy! Jesteśmy "wylogowani" z Tajlandii! Ale jeszcze nie w Kambodży...

Do kolejnego budynku pokierował nas miły pan z żółtą parasolką. W sumie to można powiedzieć... miły młody pan z parasolką. Uśmiechnięty, z dobrym angielskim i tą ciekawą parasolką wydawał się godzien zaufania. Opowiadał o tym jak bardzo uwielbia obcokrajowców bo może szkolić swój język i w ogóle lubi wszystkich mieszkańców świata. Tutaj zaczęłam już mieć go na oku... ta zbyt miła pomoc zawsze pojawia się tam gdzie znajdujesz się z portfelem. Wskazany budynek był rzeczywiście miejscem, w którym można było zakupić wizę. Niemiła obsługa, zero miejsc do siedzenia, panowie w mundurach i ewidentny brak długopisów upewniły mnie w przekonaniu, że to jest ta właściwa granica. Wypełnianie formularza to już czysta formalka, do okienka i 20USD + 100Baht za tzw. zdjęcie i obsługę. Prawda jest taka, że zdjęcie miałam swoje a obsługa to nie wiem gdzie w tym czasie była. Nikt nawet nie próbował ukryć, że idzie to do kieszeni strażników. Tyle, że ja nie byłam na to przygotowana i teraz z rozpaczą w oczach wspominałam zakupioną drożdżówkę, która pozbawiła mnie jakże cennych w tym momencie Bahtów. Wyciągnęłam portfel i wysypałam z niego wszystkie monety, przeszukałam kieszenie i powiedziałam, że to wszystko co mam... (ok, ok... zrobiłam przy tym duże oczy). Strażnik zebrał monety i po przeliczeniu stwierdził, że jest ich 48, więc brakuje i mnie nie mogą wpuścić. Powiedziałam, że ja muszę przejść przez granicę a nie mam więcej żadnych pieniędzy, ani tajskich, ani kambodżańskich, a już na pewno nie mam dolarów. Strażnicy pomruczeli coś, po czym jeden z nich wziął mój paszport i podsunął go Panu z decydującą pieczątką i tekstem, który pewnie brzmiał: "No weźże Zbychu ją przepuść...". Tamten groźnie na mnie spojrzał, ja wyszczerzyłam zęby, on wbił pieczątkę, a mi przestał działać antyperspirant.  

Dzierżąc w dłoni paszport z moją nowiutką, świeżutką, kambodżańską wizą przemaszerowałam do następnego budynku. Tam była kolejeczka, taka która mnie upewniła że jestem we właściwym miejscu. Zdążyłam wypełnić wszelkie wymagane dokumenty i dobiłam do okienka. Tam mnie zweryfikowano, obejrzano, sfotografowano i przepuszczono dalej. Wychodząc z budynku trafiłam prosto w ręce taksówkarzy, którzy oferowali transport gdzie tylko zapragnę. Miasteczko graniczne -Poipet - nie wydawało mi się o tej porze zachęcające do spacerów. Wiele zresztą o nim słyszałam, oczywiście niepochlebnych a wręcz zastraszających informacji. Zaczęłam się rozglądać za tym darmowym shuttle busem i ni stąd ni zowąd wyrósł przede mną pan z parasolem. Wskazał drogę i uśmiechnął się miło. Dotarłam do przystanku gdzie oczekiwało już kilku innych... turystów. Zastanawiające... gdzie się udali lokalni mieszkańcy, którzy tak tłumnie przekraczali granicę a teraz wyparowali? Przespacerowałam się dookoła ale znajdując tylko puste uliczki wróciłam na swoją ławeczkę. Po około dziesięciu minutach w odległości mniej więcej 300 metrów pojawił się bus. Mały, biały, taki lokalny, miał nas zabrać na dworzec autobusowy.

Zapakowaliśmy się do środka, usiedliśmy, wsiadł pan z parasolką i drzwi się zamknęły. Ni stąd, ni zowąd pan z parasolką się odwrócił i powitał nas w autokarze. Aha! coś się święci... wiedziałam, że jest on zbyt miły aby być zwykłym przechodniem. Z szerokim uśmiechem oświadczył, że wita nas w Kambodży - Yeah!!!, że bardzo się cieszy - Yeah!!!, że dobrze trafiliśmy - Yeah!!, że bus jest darmowy - Yeah!!!, że jedziemy na dworzec - Yeah!!!, i że na dworcu nie ma już żadnego autobusu bo jest ciemno... - What!?! Tak oto dowiedzieliśmy się gdzie tkwił haczyk ich nadzwyczajnej uprzejmości. Jechali wywieźć nas na pastwę taksówkarzy.

Większość przyjezdnych chciała dojechać do Siem Reap. Turystycznego miasteczka wypadowego dla Angkor Wat. Tak naprawdę byłam jedyną osobą jadącą do wioski oddalonej o niecałe 40km - Sisophon, gdzie miałam się spotkać z pracownikami lokalnego NGO. Zaczęły się przekrzykiwania. Kto, za ile, gdzie, z kim, itd. Cena za taksówkę do Siem Reap to 65USD. Za nic w świecie tyle nie zapłacę! Raczej pójdę piechotą! Z takim postanowieniem zaczęłam poszukiwania innej taksówki nie na dworcu, ale na ulicach. W miasteczku panował mrok. Przemierzając błotniste ulice mijali mnie moto-taksówkarze, ale każdy mówił że Sisophon to o tej porze za daleko. Podejrzane typy próbowały mi wmówić, że taksówek w ogóle w mieście nie ma. Inni sugerowali nocleg, a jeszcze inni uciekali ode mnie przestraszeni. Chcąc, nie chcąc wróciłam w okolicę dworca. Miasteczko zdecydowanie nie zachęcało do pozostania w nim ani chwili dłużej. Większość osób już się porozjeżdżała, ale na szczęście zobaczyłam trzy osoby, które wciąż poszukiwały taksówki. Dziewczyna z Australii, chłopak z Kanady i starszy pan z UK. Tak naprawdę panu było wszystko jedno. Młodszym zależało aby cena była jak najniższa. Dobiłam do nich, z podziałem na czwórkę zawsze taniej wyjdzie. Ostro się targowali ale cena zeszła tylko do 55 USD. Wyciągnęłam ich na ulicę i tam zaczęliśmy szukać taksy wspólnymi siłami. W końcu zatrzymaliśmy przejeżdżający samochód i zaproponowaliśmy biznes "nie do odrzucenia". Transfer za 40 USD. Pan pokiwał głową i wsiedliśmy szczęśliwi z że udało nam się wyrwać z przygranicznego miasteczka Poipet gdzie pozostawiliśmy zniesmaczonego pana z parasolką.

***

Po kilku ekscytujących tygodniach w Kambodży musiałam się zmierzyć z kolejną granicą lądową. Przejście graniczne z Tajlandią w miejscowości Koh Kong. Tak się składa, że moim ostatnim miejscem pobytu było Silhanoukville, gdzie "impreza trwa dzień i noc" (czyt. Utopić się w Utopii). Tak się też złożyło, że mój autobus do Bangkoku odjeżdżał o 6:30 rano, więc znając realia panujące w Utopii postanowiłam, że lepiej będzie nie kłaść się spać bo przecież mogę zaspać. Suma sumarum o 6-tej rano pędziłam z plaży (gdzie impreza trwała jeszcze na całego) po plecak i na dworzec. W swoim stylu wpadłam tam w ostatnim momencie. Dodam, że tego wieczoru ostro pracowałam z tatuażami tak więc cała byłam w farbie. Ale kto by się przejmował...

Autobus i tak przyjechał opóźniony. Zapakowałam się i niestety moja nadzieja na sen prysła niczym bańka mydlana. Siedzenie w pozycji pionowej bez możliwości minimalnego rozłożenia. Klimatyzacja, jak to w Kambodży bywa, wydmuchała całe ciepło do poziomu zerowego. Wyboista droga podrzucała mną na każdym zakręcie przyprawiając niemalże o skręcenie karku, który starał się utrzymać moją zasypiającą głowę.

Kilka godzin męczarni sprawiło, że zaczęłam przysięgać że już nigdy nie pójdę na imprezę jeżeli tylko pozwolą mi się położyć na podłodze w przejściu... Niestety - zakaz... Zresztą nie dziwię się, przy takich wybojach pewnie szybko wylądowałabym na przedniej szybie. Poczułam się jakby to była kara za grzechy... tylko jakie?!?

Wreszcie dotarliśmy do granicy. Z momentem zatrzymania się autobusu został on oblepiony przez wszelkiego rodzaju sprzedawców i "pomocników". Nawet nie miałam siły im odpowiadać, że "nie". Po prostu maszerowałam przed siebie w tym trzydziestostopniowym upale. Godzina była około południa gdy dotarłam do budynku odprawy. Cały czas kręcą się wokół ludzie chętni zorganizować Ci "szybki serwis" za jedyne 20 dolarów. Ale te pieniądze to dla mnie cztery dodatkowe dni życia w Azji, więc nie miałam nawet cienia wątpliwości, że nie skorzystam. Nic mi nie wynagrodzi tych kilku godzin stania w piekącym słońcu z nadzieją, że za moment usiądę, napiję się wody i zasnę błogim snem w autobusie po stronie tajskiej. Zdążyłam zawrzeć nowe znajomości i dotarłam do okienka. Odciski palców, spojrzenie w kamerkę i pieczątka. Wylogowana z Kambodży, jeszcze nie w Tajlandii.

Tajlandzka granica powitała nas niezbyt miło. Po wypełnieniu druczków, które znam już praktycznie na pamięć, przemaszerowaliśmy na stronę tajską. Kilku młodych mężczyzn organizowało busy. Więc tak to wygląda! Po stronie Kambodży - duże autokary "wywożą" ludzi, a po stronie Tajlandii małe busiki "rozwożą" ich w różne miejsca. Problem w tym, że oni zawsze chcą dopełnić każdy bus, więc kazano mi czekać na wywołanie gdy zbierze się odpowiednia grupa do Bangkoku.

Więc... odczekawszy dwie godziny podczas których zdążyłam siedemnaście razy poprzysiąc, że już nigdy więcej nie pójdę na imprezę, powiedziano mi "You!!! Bus!!!". Cóż za radość przeogromna musiała się malować na mej twarzy gdy wsiadałam do tego busika. Mały, ale z wygodnymi siedzeniami. To nic, że się nie rozkładają. Klimatyzacja działa - jestem szczęśliwa! Ruszyliśmy po 20-tu minutach dorzucania, przerzucania, rozkładania... Jedziemy! Przyjemny powiew chłodzi moje ciało, przemykające krajobrazy wyciszają myśli a monotonny odgłos silnika wprawia w stan błogiej hibernacji... i już prawie byłam w krainie snów i fantazji, gdy ktoś ochryple wrzasnął: Stop! Change bus! Zanim zdążyłam się zorientować już byłam na zewnątrz, na słońcu z 23 kilogramowym bagażem na plecach. Kolejny bus podjechał 15 minut później i historia się powtórzyła: pakowanie, dorzucanie, przerzucanie, rozkładanie... Jedziemy! I już znowu się wybierałam do tej przecudownej krainy ukrytej w podświadomości mego umysłu gdy ponownie w brutalny sposób mnie z niej wyrzucono. "What the hell!?!" Teraz nie tylko ja byłam wkurzona, wokół wszyscy krzyczeli, wymachiwali rękoma, kierowca wyrzucał bagaże, jakiś Francuz z uporem wrzucał swoją torbę z powrotem do bagażnika pojazdu. Podjechał kolejny bus...

Tym razem wszyscy chcieli się upewnić, że na pewno dojadą do Pattaya (część grupy) i Bangkoku (ja i jeszcze jedna osoba). Kierowca z uśmiechem zapewnił, że tak, tak!!! I zapewniał tak przez całą drogę po czym zawiózł nas na dworzec autobusowy w miejscowości Trat i kazał wysiąść. Tutaj nastała totalna konsternacja. Niektórzy reagowali śmiechem, dziewczyna, która miała samolot z Bangkoku -płaczem, reszta krzykiem. Ja? no cóż... dla dobra grupy postanowiłam być oazą spokoju i na wypadek rękoczynów wprowadzać spokój w szeregi. Nowego busa nie ma, poprzedni odjechał, na dworcu nikt nic nie wie, karzą nam kupić nowe bilety. W sytuacji: "braku grosza przy duszy" i "bycia w zapyziałej dziurze" człowiek łapie się każdej możliwości. Najpierw pomyślałam, że autostop będzie idealny, ale zaraz po tym stwierdziłam, że nie po to płaciłam tyle kasy za bilet do Bangkoku aby wylądować 300 kilometrów od tego miasta. Wymieniłam wszystkie zapasy bransoletek jakie posiadałam na możliwość skorzystania z telefonu młodej kobiety. Szczęśliwym trafem miałam znajomego, który został w Silhanoukville i posiadając namiary do agencji poprosiłam go o zrobienie rozróby. Z wielką chęcią to uczynił i po wielu pertraktacjach, godzinie czasu na dworcu w miejscowości "Zapyziała dziura", przyjechał bus. Tym razem nie były to już żarty. Kierowca nie mówił po angielsku, ale gestykulując zapewnił, że Bangkok. Tak, tak - Bangkok!

Przejechaliśmy jakieś 50 kilometrów gdy kierowca odebrał telefon. Nikt z pasażerów nie mówi po tajsku jednak każdy z zatrwożoną miną przysłuchiwał się rozmowie ponieważ jej ton nie wróżył niczego dobrego. Tak też było... Kierowca na najbliższym zjeździe zawrócił samochód i bez słowa wiózł nas z powrotem. Krzyki, panika, krzyki... Kierowca bez słowa to znosił. Siedzieliśmy w tym busie wiezieni tam skąd przyjechaliśmy. Cóż więcej mogliśmy zrobić? Przecież nie porwiemy kierowcy!!! Hmm... Chociaż?... Nie, nie - tak nie wolno. Wróciliśmy więc na naszą ukochaną stację gdzie nas wyproszono z busa. Nikt już nie wiedział jak zareagować...

Na szczęście tym razem nie pozostawiono nas na pastwę pani z okienka. Tym razem podjechał kolejny bus. Były w nim dwie osoby. Z tego wywnioskowałam, że po prostu kazano zawrócić nasz bus aby nie wieźć na darmo dwóch osób innym busem. Logika w tym była, ale przyjemność żadna. Dalsza trasa przebiegała w ciszy. Nikt nie miał już siły się denerwować gdy dwa razy jeszcze w czasie trasy kazano nam się przesiąść do innego busa, gdy zrobiono nam godzinny postój bez wyjaśnienia dlaczego i gdy pan stwierdził w czasie trasy, że umyje samochód. Wszyscy patrzyli zobojętnieni na to co się dzieje i na zegarki. Żal mi tylko dziewczyny, która przez to nie zdążyła na samolot.

***

Co jak co, ale granice lądowe z pewnością mogą wiele nauczyć. Oprócz pokory, wiary w cuda i zdolności negocjacyjnych uczą również podstawowych prawd życiowych, jak np.

1.      nigdy nie podążaj za panem z żółtym parasolem,

2.      nie rezerwuj przejazdu przez granicę autobusem jeżeli w dalszym planie masz samolot (on nie poczeka)

oraz

3.      jeżeli wydaje Ci się że wszystko pójdzie jak z płatka ? coś musi się pierdolnąć aby Ci przypomnieć, że jesteś w Azji!!!