KAMBODŻA - UTOPIĆ SIĘ W UTOPII

Pewnego dnia nastała Utopia... Nie planowałam się tam znaleźć, ale nie mając innego wyboru wsiadłam do autobusu - jedynego jaki tego dnia wyjeżdżał z maleńkiej miejscowości Kep, w której chwilowo przebywałam. Po sześciu godzinach jazdy siedząc tyłem za plecami kierowcy na wątpliwej jakości desce dotarłam do Sihanoukville. Pierwsze wrażenie nie było mylne. Miasteczko wypełnione po brzegi turystami, z piękną plażą na wyciągnięcie ręki i żarzącym słońcem. Mój budżet ograniczał mnie przez całą podróż do spania u "lokalesów", na plaży, pod namiotem lub w najtańszych hostelach. Tutaj miałam nadzieję na plażę, ale nagła burza i ściana deszczu nieco zmieniły mój plan. Z wcześniejszych rozmów z innymi podróżnikami przypomniała mi się nazwa Utopia. Zapytałam więc pierwszą lepszą osobę - właściciela tuk tuka i ku mojemu zdziwieniu powiedział on, że wie i że zabierze mnie tam za darmo. Tutaj pojawił się mały dzwoneczek - za darmo??? Takie coś w miejscowościach turystycznych nie istnieje! No ale nic może miał jakąś commision, może nie, w każdym razie moje plecy się bardzo ucieszyły zdejmując uczepione do nich 23 kilogramy. Dotarliśmy do miejsca i od razu wiedziałam, że będzie grubo. Pomimo deszczu i godziny 15-tej wokół rozlegała się głośna muzyka, a tłum ludzi przemierzał chwiejnym krokiem środek tego nazwijmy... kompleksu.

Miejsce wydawało się duże, na skrzyżowaniu głównych dróg, 100 metrów od plaży, na rogu widniał ogromny neon z wielkim U odpowiadającym nazwie Utopia. Wejście wymalowane graffiti, na wprost recepcja, a po lewej reszta... czyli niczego sobie bar pośrodku, podświetlany basen, gorące jacuzzi, DJ-ka, dancefloor z rurą i tłum ludzi. Ktoś właśnie wskakiwał do basenu, ktoś się opalał (pomimo deszczu), ktoś inny spał w jacuzzi, kolejna osoba spała na barze, inne tańczyły, ktoś wsuwał pałeczkami nuddle, ktoś śpiewał. Imprezowicze zgromadzeni w mniejszych grupkach wypełniali całą przestrzeń. Za barem impreza wcale nie wyglądała na mniejszą. Przypomnę tylko - godzina 15-ta. Napis nad recepcją: "We are lazy" i pani na recepcji, która w ogóle na mnie nie zwracając uwagi siedziała skulona na krześle mocno zaciskając dłonie na uszach... "Boi się burzy" zdążył mi powiedzieć przechodzący obok chłopak. Na szczęście sama wypatrzyłam (w sumie to ciężko nie zauważyć) informacje, których potrzebowałam. Dormitorium 2$ za noc: materac, pościel, Free Wi-Fi, locker. Była jeszcze opcja VIP - 3$: grubszy materac i większy locker. Hmmm... nie sposób się oprzeć ;) Suma sumarum wybrałam opcję za 2 dolce. Aby skorzystać z tego miejsca przekonało mnie Free Wi-Fi, którego teraz pilnie potrzebowałam i postanowiłam zostać w Utopii na jedną góra dwie noce. Wyobraziłam sobie siebie, nad basenem, w słońcu i z komputerem w dłoni - pracując dzielnie dzień i noc. Oh, oh, ah, ah... Nic z tego nie wyszło!

A było to tak... Pani zaprowadziła mnie na moje miejsce - materac na piętrze, tzn. na wyższym poziomie łóżek znajdujących się w jednym pokoju. Ok. tego nawet nie można nazwać łóżkami. Niczym w obozie znajdowały się tutaj dwie półki rozmiarów człowieczych. Na każdej z nich położone było około 12-cie materacy. Jeden z nich wskazała mi pani recepcjonistka i uciekła zasłaniając uszy jakby miało ją to ochronić od uderzenia pioruna.


Domyśliłam się, że ta ośliniona poduszka i materac powleczony wątpliwej świeżości prześcieradłem to moja pościel wliczona w cenę dwóch dolców. Wdrapałam się po drabinie i położyłam. Poczułam się tak naprawdę jakbym położyła się spać pośrodku parkietu na dudniącej dyskotece. Obok leżały czyjeś zwłoki. Chłopak na chwilę się przebudził, oznajmił że jest mu niedobrze i zasnął. Naprzeciwko ktoś się ewidentnie zbierał do wyjścia. Zapytałam więc o toaletę. Dziewczyna wskazała kierunek mówiąc, że chyba jednak lepiej do basenu. W tym momencie moja wizja basenowego relaksu nieco się rozmyła. Dziewczyna zapytała czy to mój pierwszy dzień. Dziwne pytanie - przynajmniej takie mi się wydało. Zazwyczaj pytanie brzmi: "na ile przyjechałaś".  A to wydało mi się bardziej pytaniem: "kiedy zaczęłaś". Zapytałam jeszcze o hasło do Internetu. Odpowiedź: "saturdaynightparty" powinna mi dać do myślenia. Dziewczyna spojrzała na mnie rozkładającą się wygodnie na materacu z laptopem w dłoni i rzuciła tylko, że Internet działa w barze. Po czym wyszła. Dobra - widzę, że nie da się tutaj uniknąć baru. W takim razie nici z drzemki. Porzuciłam mój dobytek w jakimś kącie, w którym leżały również włości pozostałych mieszkańców pokoju. Pomaszerowałam z laptopem do baru.  Godzina była chyba 17-ta. Usiadłam przy barze i w sekundzie podbiegł do mnie wesoły barman pytając: "What kind of alcohol are you drinking?". Wow, jasnowidz ale wybrakowany - pomyślałam i poprosiłam o piwo. Cena - 0,50 $ czyli po szybkiej kalkulacji wyszło mi ok 1,50 pln. Super! Z moim dziennym budżetem 5 dolarów przeżyję. Chłopak zza baru spytał: "Is it your first day?". Znowu to samo pytanie? Czyżby kryła się za tym jakaś tajemnicza prawda? Odpowiedziałam, że tak i że przyjechałam na dwa dni. Chłopak roześmiał się i krzyknął: "We will see!!!" po czym przedstawił się jako Fabio z Włoch i tanecznym podskokiem pobiegł serwować kolejne drinki. Ledwie zdążyłam otworzyć laptop i zalogować się gdy zza baru rozległ się dźwięk syreny a tuż po nim gromki krzyk tłumu, coś w stylu: Jeah!!!! Sekundę później była już przy mnie barmanka z wiaderkiem jakiegoś napoju krzycząc: "Free shots! Free shots!!!" i nalewając mi kieliszek. Podobno nieładnie odmawiać więc tego nie zrobiłam :) Wypiłam słodkiego drinka, a dziewczyna zdążyła się przedstawić jako Erika ze Szwecji. Po czym spytała czy to mój pierwszy dzień. Teraz to już nie wytrzymałam i zapytałam dlaczego wszyscy mnie o to pytają, a nikt nie pyta na ile przyjechałam. Erika roześmiała się i pociągnięta przez kolejną spragnioną bezpłatnego drinka osobę zdążyła mi tylko pomachać.

Rozklad jazdyPodjęłam się desperackiej próby napisania czegoś elokwentnego do opublikowania na stronie. Tłum się mieszał, krzyczał, tańczył. Ktoś biegał po barze, Free shoty były serwowane co chwilę, ktoś podał mi piwo, ktoś inny oferował drinka wszystkim z okazji urodzin (nie swoich ale wszystkich innych osób w barze). Wreszcie zdecydowałam, że pracować będę jutro bo w tym tłumie jest to raczej niemożliwe. Zamknęłam komputer i w sekundę podbiegł do mnie jakiś chłopak pytając o godzinę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie wiem i że na takiej imprezie to chyba nie jest ważne. Na co on zrobił wielkie oczy mówiąc, że bardzo ważne i podrzucił mi ulotkę z dzisiejszym "rozkładem jazdy". Wow! Nic nie mogło wyglądać lepiej niż taka informacja. Dzisiaj w planie: "Wet & Wild Pool Party"!!! Od dziewiątej piwo za 0,25$ (w przybliżeniu 0,70PLN) i co godzinę inna promocja. A do tego Free shoty przez całą noc! Gdzie ja jestem? Opcje są dwie... W raju albo w piekle!

Impreza rozkręcała się na całego. Ludzie z każdego zakątka świata mieszali się w tańcu.   Przy barze wymieniano imiona, podróżnicze doświadczenia, telefony i adresy. Każdy z wielkim uśmiechem na twarzy dzielił się tym co miał: kontakty, tanie miejsca, znajomi, ciekawe widoki. I tak całą noc! Tańcząc, pijąc piwo za grosze, śpiewając impreza przenosi się zazwyczaj na plażę z ogniskiem i morskimi falami na ochłodę. Rozbawiony tłum tańczy w rytm muzyki serwowanej przez DJ-a, który kreuje klimat nigdy nie kończącej się nocy. Ktoś pyta czy zrzucę się na bucketa (wiaderko alkoholu) za 5 min. Inny bar, inna promocja! Bucket za dolara! Piasek pod stopami, w dłoni drink wypełniony lodem. Ktoś ciągnie mnie do gry w barowego ping-ponga. Wygrany dostaje bucket za darmo. No więc rzucamy piłeczką do kubeczków po drugiej stronie stołu... Zasady są proste - trzeba trafić. Techniki są różne... spod pachy, znad głowy, wyrzut ustami, z odbicia główką lub co po niektórzy nogą. Nie wiem jak... ale wygraliśmy. Wiaderko whiskey z colą do podziału. Tłumy się mieszają, światła wygaszają, nastaje ranek... a plaża wypełniona rozbawionym tłumem tańczącym rytmicznie do muzyki płynącej w tle, zdaje się nie zauważać nastającego nowego dnia.

Poranny powrót do Utopii i kolejne ciekawe odkrycie. W Utopii impreza już się zaczęła (lub jeszcze nie skończyła). Ktoś śpi na stoliku, za barem już gwarno, przy barze kilku niedobitków i kilka osób świeżo rozpoczynających dzień. W basenie pływają wszelkie nacje, napompowane opony dają oparcie dla zmęczonych imprezowaniem ciał i delikatnie unosząc je na wodzie pozwalają na chwilowy relaks. Pościgi wokół fontanny znajdującej się w centrum i przeskakiwanie do gorącego jacuzzi to o tej godzinie ekstremalne zabawy dla najsilniejszych.

Kilka godzin snu w gorącym pokoju gdzie muzyka nigdy się nie wycisza i pobudka. Zimny prysznic z wiaderka i gotowa do pracy udałam się z laptopem do baru. Godzina był 15-ta... Wszyscy mówią mi cześć, nikt się już nie pyta czy to mój pierwszy dzień. Miszko z Rosji maluje na ścianie graffiti, za barem pracują te same osoby i kilka nowych twarzy. Tutaj kryje się haczyk... Pracując za barem można spać za darmo, pić za darmo i jeść za darmo. Jednym słowem można za darmo wsiąknąć na zawsze. Magia Utopii...

Przemyślano wszystko. W małych restauracyjkach wokół Utopii można kupić jedzenie, począwszy od nuddle soup za 0,50$, nie trzeba nawet wychodzić z baru. Posiłek: śniadanio-obiado-kolacja. Jednak pracować ciężko. Ludzie przychodzą, krzyczą "Hej!", wyciągają na plażę. Poznałam oszałamiającą ilość nowych osób, pełno narodowości, z krajów gdzie byłam lub będę. Każdy ma własną historię. Niektórzy są na wakacjach, niektórzy pracują pół roku i podróżują drugie pół, a niektórzy w podróży są już od wielu lat. Opowiadane historie są niesamowite, inne zabawne, wszystkie godne wysłuchania. Co i raz słyszę, że ktoś właśnie zmienił plan i zostaje dłużej... w Utopii. I coraz częściej ten ktoś mówi, że zaczyna pracę... w Utopii. Całonocne imprezowanie to nic nowego w moim życiu, ale świadomość tego miejsca przyprawia mnie o dreszcze... Ono wciąga ludzi i uzależnia. Podjęcie pracy w barze to niczym dobrowolne utopienie się w realiach Utopii.

Codziennie ten sam scenariusz, jedynie inna nazwa imprezy tematycznej i nieco inne drinki w promocji. Szybko klimat się rozkręcił do tego samego poziomu co dzień wcześniej. Nikt nie szukał imprezy, ona była wokół i wszędzie.

Podsumowując... Poznałam wspaniałych ludzi. Wiele ciekawych jednostek. Tańczyłam oberka na barze. Pływałam w morzu w nocy, o zachodzie słońca, w południe i o poranku. Nauczyłam się wielu nowych słów w wielu nowych językach. Przetańczyłam kilka dni. Biegałam po mieście z farbą na twarzy. Zostałam party-tatuażystą dostając w ten sposób darmowe piwo. Przeżyłam kilka dni zabawy. Byłam na tyle silna aby nie zostać!

Magia Utopii jest niesamowita. Lekkie życie w takt myzyki według schematu wyznaczanego przez imprezy tematyczne. A prawda jest taka, że spędzasz z tłumem nowych ludzi kilka dni, rozmawiacie, wymieniacie doświadczenia życiowe, tańczycie, pijecie razem drinki i po kilku dniach ktoś pyta jak właściwie masz na imię i wtedy realizujesz, że nikt nigdy o to nie zapytał i że rozstając się nie macie żadnego kontaktu a jedynie wspomnienia i kilka fajnych fotek... Podróżnicza rzeczywistość... Co było wczoraj pozostanie w pamięci, co będzie jutro nikt nie wie, a to co tu i teraz jest jedynym realnym światem.

Ciekawe jest jednak to, że dopiero po wyjeździe z Utopii udało mi się rozgryźć pytanie: "Czy to twój pierwszy dzień?"! Bo po tym pierwszym są już tylko następne i nikt nie wie ile ich było, jest lub będzie. Zabawa trwa, Utopia szaleje, czas przemyka gdzieś obok...