SRI LANKA - TAM GDZIE KOŃCZY SIĘ DROGA

Każdego dnia można nauczyć się czegoś nowego. Każdy dzień stawia przed nami nowe wyzwania, przynosi również wyjątkowe przeżycia. Przewijając wstecz taśmę możemy natrafić na momenty, które zmieniły nasze życie.  No i cóż mówić - są one czasami zaskakujące J

Planując dzień po dniu można zaplanować sobie całe życie... ale czy o to chodzi? Mi raczej nie! Nic nie jest pewne we Wszechświecie. Jeszcze rano po przebudzeniu spoglądając na grzyba na zielonej ścianie pokoju zastanawiałam się... Sigiriya czy Trincomalee, Sigiriya czy Trincomalee, Sigiriya czy Trincomalee... Zimny prysznic, poranna walka z karaluchami napastującymi mój plecak i postanowiłam wybrać się do Sigiriya. Przemaszerowałam do drogi z zamiarem złapania autobusu (tutaj łapie się go na tzw. stopa). Kompas w głowie podpowiedział która strona jezdni i kciuk w górę... Nie na długo! Zza zakrętu wyłonił się Tuk Tuk ze znajomymi twarzami. To Janaka i Chutna, moi nowi koledzy poznani w miasteczku Habarana. Janaka ma trzydzieści lat i prowadzi biznes - dorabia się na turystach. A tak naprawdę organizuje wyprawy na słoniach, do dżungli, safari i wszystko czego dusza zapragnie. Na widok trójkołowca moje oczy się zaświeciły - od kilku dni próbuję wyrwać taką brykę aby przemierzyć kawałek Sri Lanki.

Znajomi zatrzymali się z pytaniem: dokąd to? Na co ja, że chyba do Sigiriya. I czy pożyczą mi Tuk Tuk. Jeździć tym pojazdem już umiem, prawo jazdy mam, zatankuję i będzie gites. Niestety tego dnia dużo turystów do przewiezienia i nici z trójkołówki. Mina mi zrzedła... ale nie poddając się zapytałam czy może mają w takim razie jakież dwa kółka do pożyczenia. Spojrzeli na siebie. Rzekli coś po syngalesku i powrócili z uśmiechem kiwając głową. Zabrali mnie do Tuk Tuka i już po chwili znaleźliśmy się na podwórku gdzie Chutna wyciągnął zza domu motor - prawdziwą stylową Hondę. Aż otworzyłam buzię z radości.

 - Let's try it!!! - krzyknęłam i po chwili już siedziałam na siodełku rozgrzewając maszynę.

Pierwsze kilka metrów, chwila na przyzwyczajenie się i wielka radość. Wiatr we włosach i ciepłe promienie porannego słońca na skórze upewniły mnie w postanowieniu, że za żadne skarby z motoru nie zsiądę. Po powrocie na podwórko zaczęły się jednak niepewne spojrzenia na motor i wahanie w oczach chłopaków. Maszyna trochę stała na tym podwórku i w czasie ostatnich kilku miesięcy nie miała zbyt wielu chwil radości na trasie. Ale jak już uparciuch postanowił - tak też zrobi. I za żadne skarby nikt mi nie wmówi, że tego robić nie powinnam. Mało tego... Sigiriya oddalona o 30 km wydała mi się marnotrawieniem takiego pięknego dnia. Trincomalee oddalone o 113 km było o wiele bardziej warte odwiedzenia na dwóch kółkach. Trasa w założeniu była prosta i z tego co się dowiedziałam - jest to jedna z lepszych dróg w kraju.

Tak więc, sprawdziliśmy co tam w motorze działa lepiej a co gorzej. Napełniłam bak. Założyłam kask i ruszyłam! Oh... cóż za radość!!! Wiatr we włosach, poranne słońce, mieszkańcy wiosek machający do mnie przy drodze, zapach dżungli, prędkość... umiarkowana. Mijając dżunglę, domy, domki, miasteczka i sklepiki już miałam w wyobraźni cudowną plażę, z której słynie region Trincomalee. Nilaveli Beach jest znana w całym kraju, wciąż wolna od masowej turystyki zachwyca naturalnym pięknem i cudownymi kolorami. Pędząc przed siebie czułam się tak wolna, że aż nie zauważyłam policjanta machającego lizakiem. Ups! No cóż - nieco przekroczona prędkość. Hmmm... trzeba będzie się tłumaczyć :/

Policjanci zajechali mi drogę i zsiadłam z motoru. Ku mojemu zaskoczeniu pierwsze pytanie nie brzmiało: - No to o ile przekroczyliśmy dozwoloną prędkość?..., ale - No, no, no... to Pani tak sama na motorze jeździ? A chłopak gdzie?.... -  Yyyyy?. Moje zaskoczenie aż zatkało mnie na chwilę. Ale szybko doszłam do siebie widząc szanse na brak mandatu Z wielkim uśmiechem odpowiedziałam, że podróżuję sama i na motorze jeżdżę już od wielu lat więc nie potrzebuję chłopaka.



- Ale to niebezpieczne jeździć motorem po Sri lance - powiedział jeden. 

Na co ja odpowiedziałam: - Ha! Niebezpiecznie to było jeździć w Indiach i Bhutanie, Sri Lanka to kraj przyjazny kierowcom!

 - W Indiach?!? - panowie spojrzeli na mnie w sposób który sprawił że poczułam się co najmniej jak kierowca Formuły 1. Uśmiechnęli się i poprosili o prawo jazdy, więc dałam im międzynarodową książeczkę, na której Sri Lanka była wyszczególniona. Teraz już serii pytań nie było końca...

- Trzydzieści lat? - pierwsze zdziwienie. - Sama? - drugie. - Do Trincomalee? - trzecie. - Nie ma telefonu? - czwarte. No i tak mogłabym mnożyć i mnożyć. Skończyło się na tym, że dostałam dwa numery telefonów, na które koniecznie miałam zadzwonić i spotkać się w drodze powrotnej. Hmmm... lepiej dostać numer telefonu niż mandat !!!

Wsiadłam na motocykl i ruszyłam w dalsza trasę upajając się pięknem przyrody. Każdy prosty odcinek był niczym film przyrodniczy, a za każdym zakrętem krył się nowy odcinek. Soczysta zieleń okolicznej flory, słońce przebłyskujące pomiędzy drzewami, małe domki, uśmiechnięci ludzie i warkot motoru. To wszystko sprawiało, że czułam się jeszcze bardziej szczęśliwa niż miałam zamiar być J


Wtedy kolejny zakręt i dziwne uczucie w kierownicy. Głuchy strzał i totalny brak kontroli nad motorem. W myślach wieczność, w rzeczywistości sekundy. Decyzja co i jak. Hamulce, pulsacja, trzymanie kierownicy, ściągnięcie na pobocze, miejsce bez drzew, samochody z naprzeciwka, utrzymanie balansu, wytracenie prędkości... Nawet nie miałam czasu zastanowić się nad innymi opcjami działania. Dobrze czy źle - walczyłam z grawitacją odruchowo. Przykry upadek w krzakach na poboczu był równocześnie szczęśliwym momentem zakończonej pomyślnie walki z maszyną. Gdy tylko wyczołgałam się i stanęłam na równych (trzęsących się jak galaretki) nogach - świat wydał się jeszcze bardziej zielony. Spojrzałam na motor i zieleń przybledła. Dopiero okrzyki i czyjeś dłonie wyrwały mnie z zadumy. W międzyczasie na trasie zatrzymało się (nie ściemniam) około 7 ciężarówek, cztery motory, i z pięć samochodów osobowych. I wszyscy przybiegli z pomocą. Najpierw zaczęli mnie wypytywać co mnie boli a co nie i opatrywać moje rany. Sprawdziłam czy wszystko działa - ręce, nogi, głowa. Pozytywna odpowiedź upewniła mnie w przekonaniu, że jestem cała i w jednym kawałku. Zadrapania i siniaki - dzień jak co dzień. Z braku ekwipunku medycznego ktoś nasmarował moje rany i oparzenia pastą do zębów (jeszcze przez tydzień mu za to dziękowałam bo pasta wrosła w skórę i za nic nie chciała się wymyć J). Na szczęście oszczędził mi zadrapań na brodzie i nosie.

Ok... czas przemyśleć co i jak. Panowie wyciągnęli moją maszynę na pobocze i zaczęli składać do kupy. Opona była rozerwana i co tu zrobić. Zadzwoniłam do przyjaciół z Habarany z nadzieją, że po tym co im powiem wciąż będziemy mieli taki sam status znajomości. Ich reakcja była czysto nie do przyjęcia w europejskich krajach. Nawet nie chcieli słyszeć o motocyklu. Tysiąc pytań o ilość siniaków, gdzie się uderzyłam, czy niczego nie złamałam? Wreszcie ustały pytania i nastał czas aby przemyśleć co dalej. Problem był taki, że byliśmy na tzw. wygwizdowie i jak to w takich miejscach - trzeba sobie radzić samemu. Pierwsze pomysły były aby zapakować motor na ciężarówkę jadącą z powrotem do Habaray. Tylko jak?... tysiące idei spełzło na niczym. Maszyna okazała się tłuściutka i za nic w świecie nie dała się podnieść. Padł też pomysł żeby mnie zabrać do Trincomale a motor zostawić na drodze, ale ja nie chciałam zostawiać mojego kompana podróży w tak opłakanym stanie. Tak więc ostateczna decyzja była taka, że muszę wrócić na motorze bo nie ma go jak zabrać, a wynajęcie specjalnego pojazdu na takiej trasie będzie kosztować fortunę. Aby wrócić na motorze (a raczej składaku) należy wymienić oponę. Znajomi znajomych mają w pobliżu skład opon i da się to załatwić. "W pobliżu" okazało się być 42 km dalej, a czas oczekiwania dał mi możliwość przemyślenia wielu rzeczy. Przyszywana "pomoc drogowa" zaczęła się rozjeżdżać, a ja siedząc w upale na skraju drogi przy rozkładającym się motorze już nie wyglądałam tak "super cool".


Pomoc nadjechała, oponę wymieniła, mnie obejrzała, kasę za oponę zgarnęła i odjechała. No i czas na mnie nastał aby dosiąść maszyny z powrotem. Oj... chyba mnie siły opuściły - pomyślałam, ale wiara że wszystko będzie ok szybko wróciła na swoje miejsce. Usiadłam nieco obolała i odpaliłam motor. Przejechałam kilka metrów sprawdzając czy aby się nie rozpadnie - wszystko gra, mogę jechać. Motocykl stał odwrócony w stronę "do domu", ale wtedy tknęło mnie... jestem już tak blisko, tyle poświecenia, tyle emocji. Przynajmniej dojadę już do Trincomalee i zobaczę tę najpiękniejszą plażę. Przynajmniej będę miała satysfakcję!!! Sekundę później motor stał już zwrócony w stronę obranej destynacji. Powolne ruszenie, lekki brak pewności, 40 na liczniku i w drogę. Z sekundy na sekundę czułam się lepiej i po kilku kilometrach znów miałam przed oczami piękną plażę. Do czasu... gdy zobaczyłam nową trasę, którą miałam jechać. Super wyremontowana droga skręcała w prawo, a droga do Trincomale nie inaczej jak w lewo - na kamienistą, wyboistą drogę, na której co dwadzieścia metrów pół jezdni było wykopane na 2 metry w dół. Dla urozmaicenia - raz z jednej a raz z drugiej strony. Ciężarówki i autobusy nie obchodziły się ze mną łaskawie. Wszyscy widać się śpieszyli i nie mieli już czasu na wyrozumiałość. Wyboista trasa dała się we znaki mojej maszynie. Poskładane elementy zaczęły się powoli rozkładać na części pierwsze. Zauważyli to również policjanci stojący na poboczu. No i... zatrzymali mnie. Zaczęły się szczegółowe pytania, co jak i gdzie, skąd te zadrapania i siniaki i co do ch... ten złom robi na drodze. No nic, czasu na ściemnianie nie było więc opowiedziałam pokrótce historię dnia dodając jedynie szczegóły na temat tego jak całe życie marzyłam aby zobaczyć Nilaveli Beach. Szczęśliwie jeden z panów właśnie stamtąd pochodzi i ujęłam go tymi słowami. Tak więc nie zarekwirowali mojego pojazdu. I już, już miało być wszystko pięknie i dobrze gdy drugi pan dopatrzył się złej daty na ubezpieczeniu, tzn. takiej z przeszłości... Oh gosh!!! Dostając papiery do ręki nie wpadłam na to żeby je jeszcze osobiście sprawdzić. No i zaczęło się od nowa... Próbowałam przekonać ich na wiele sposobów, że ta data jest ok ale nie bardzo mi to wyszło. Moje prawo jazdy zostało zarekwirowane i do odbioru za dwa dni oczywiście po wpłaceniu odpowiedniej kwoty.

Pozwolono mi jechać dalej. Tym razem mój uśmiech nie łapał już tylu komarów. Nieco zrzedła mi mina, ale wizja dojechania do pięknej plaży była wciąż ze mną. Była ze mną też gdy rozpadał się deszcz i droga zamieniła w błotną przeprawę i również wtedy gdy mój motocykl nagle zamarł na środku drogi, oczywiście w miejscu zwężenia i oczywiście w momencie gdy z naprzeciwka stał sznur samochodów z autobusem pełnym gapiów na czele. Zepchnęłam pojazd na pobocze i zaczęłam go naprawiać... problem w tym że nie miałam bladego pojęcia co się stało. Ktoś się zlitował i przyszedł z pomocą, która też okazała się "bladopojętna". Czas na mechanika pomyślałam i kierując się wskazówkami zaczęłam pchać motor do serwisu. Zapowiedź kilkuset metrów zamieniła się w dwa kilometry, które tym bardziej mi się dłużyły im bardziej czułam, że podczas upadku uszkodziłam sobie bark. Zresztą w temperaturze 32 stopni wszystko wydaje się trwać wieczność... Dotarłam do lokalnego warsztatu i niemal padłam na twarz. Panowie najpierw spojrzeli na mnie, potem na motor, potem na siebie i znów na mnie. Zdołałam wykrztusić... Accident! i od razu zabrali się za oglądanie maszyny. Zajęło im chwilę znalezienie problemu, wymiana świecy zapłonowej i mogę ruszać.

Entuzjazm nieco opadł gdy spojrzałam na zegarek, ale uparcie dążyłam do celu. Po pewnym czasie zauważyłam zmianę krajobrazu i uśmiech wrócił mi na twarz ze zdwojoną mocą. Zmęczona ale szczęśliwa dotarłam do plaży i rzeczywiście opłacało się... Naturalne piękno tego miejsca z pewnością warte było przejechania wielu kilometrów. Nie czekając na nic wskoczyłam do wody. Przyjemny chłód i odgłos fal rytmicznie odbijających się od brzegu był rekompensatą wysiłku włożonego w dotarcie do tej oazy spokoju. I nawet sól wżerająca się w moje świeżo zdobyte rany nie była w stanie mi tej radości zakłócić. Przeciągałam ile mogłam chwile ochłody w wodzie, ale w końcu rozsądek wygrał i wiedziałam że czas ruszyć w drogę powrotną. Niestety zmrok zapada tutaj bardzo szybko i o godzinie 18-tej mamy już noc. A na moim zegarku była już dobrze po 16-tej...

Dosiadając motocyklu zacisnęłam dłonie i powiedziałam sobie... Ok, dzień jak co dzień - coś musi się wydarzyć, teraz tylko szybko kilka kilometrów drogi powrotnej i odpoczynek. Z taką wizją odpaliłam motor. Tzn. chciałam odpalić, ale nie zadziałało. Ok, ok... to tylko chwilowe nieporozumienie. Może maszyna potrzebuje więcej czasu na odpoczynek. Obeszłam ją dookoła ze dwa razy zajrzałam tu i tam, poklepałam i dałam kopa w rozrusznik! Honda na to ani mru, mru... Aaaaaaaaaaaaaa!!!!! Chwyciłam za kierownicę i spróbowałam jeszcze dać kopa w rozbiegu. Taki mój pomysł... ale nie zadziałał... No nic pchamy do domu. Na szczęście kilkaset metrów dalej znalazłam dom, przed którym stało kilka motorów i uśmiechnięty pan. Powiedziałam: "Kaduna", czyli "zepsuty" wskazując na maszynę i na migi wytłumaczyłam o co chodzi. Miły pan kilka razy spróbował motor odpalić i na migi się zapytał o coś machając rękoma, na co ja ramionami dałam znak, że nie mam zielonego pojęcia o co mu chodzi. Tak się dogadawszy pan przyniósł narzędzia i zaczął rozkręcać tu i tam... Patrzyłam na to wszystko beznamiętnie czując że brak jakiejś części z pewnością już Hondzie nie zaszkodzi. Miła żona tego miłego pana przyniosła mi wodę i poczęstowała plackiem ryżowym co nagle uświadomiło mi pustkę w żołądku. Wcinając placek i popijając go świeżym kokosem (prezent od równie miłego syna) nagle usłyszałam głośne: Ha!!! I dużą radość na twarzy mojego wybawcy. Ewidentnie znalazł usterkę teraz tylko wiara, że uda się naprawić jej przyczynę. Zapytałam co się stało i dostałam bardzo emocjonującą i rozbudowaną odpowiedź - po syngalesku. Potakując od czasu do czasu wysłuchałam jej i z radością odpaliłam motocykl. Oh! piękny warkot! Piękny! Podziękowałam rodzinie za tak wielką pomoc i ruszyłam w drogę.

Kilometry mijały, czas niestety również. Wyboista droga nie pozwalała na szybką jazdę, zresztą ja też już na nią nie miałam ochoty. Tak więc zanim się spostrzegłam na trasie zrobiło się ciemno. Włączyłam światła i z przykrością stwierdziłam, że lepszy obraz miałabym używając mojej małej podręcznej latareczki :/ Nie widząc wiele na tej nieoświetlonej drodze co chwila lądowałam w jakiejś dziurze. Ale najgorsze dopiero przede mną - odcinek  z rozkopanymi poboczami okazał się bardzo ruchliwy o tej porze. A ostre światła wpychających się na pierwszego ciężarówek oślepiały mnie do tego stopnia, że aby uniknąć zderzenia - wpadałam na pobocze. Nie wiedziałam już co gorsze - oślepiające światła czy ich brak. Ponieważ rozkopana droga była totalnie nieoświetlona i większość wykopanych na kilka metrów dołów była widoczna na metr przed dziurą. Zacisnęłam pięści na kierownicy i zazgrzytałam zębami!!! Moje wielkie opanowanie i spokój były już na wykończeniu, ale wiara że dojadę była silniejsza i pchała mnie naprzód.

Zajrzałam do baku, hmmm... czas na tankowanie! Ale gdzie? Na poboczach ani jednego domku. Nic a nic! Żadnego sklepu (bo tam czasem sprzedają paliwo w butelkach). A zamiast tego dżungla, w której pełno nocnych łowców. Dzikie słonie, które dzień wcześniej oglądałam w nocy z pokładu jeepa nie są przyjaźnie nastawione do ludzi i wizja pchania motoru na piechotę przez dżunglę wcale mi się nie wydawała już przygodą tylko totalnym nieporozumieniem!!!! Co ja tutaj robię?!? - pytanie pojawiało się w głowie a pędzące z każdej strony nocne ciężarówki i ich oślepiające światła wyciągały z mej pamięci najbardziej pikantne słownictwo, które sobie głośno wykrzykiwałam w każdym znanym mi języku a słowa dźwięcznie rozbijały się po moim kasku. Może mi to nie pomoże, ale nieco ulży w drodze.

To też taki minus samotnego podróżowania... Ni stąd, ni zowąd zaczynasz do siebie gadać. Głośno mówisz sam sobie co Cię boli i gryzie nie zważając na zdziwionych ludzi. I nie jest jeszcze tak źle... do momentu gdy nagle słyszysz odpowiedź na wypowiedziane głośno pytanie i cieszysz się, że ktoś Cię rozumie i... i zdajesz sobie sprawę, że to też byłeś Ty... Wtedy czas na towarzystwo!

Wracając na trasę... Podsumujmy. Motocykl powypadkowy, ponaprawowy, koniec paliwa, brak prawo jazdy, kierowca uszkodzony, spragniony i głodny, wokół dżungla i dzika zwierzyna, która też notabene jest głodna... Zaczynamy się modlić? Też jest to jakaś opcja! Ja zaczęłam sobie śpiewać - głośno i wyraźnie. Może nie przyniesie mi to paliwa, ale z pewnością odstraszy zwierzynę J

Nagle moim oczom ukazały się zabudowania. Ah cóż za radość! Dojechałam do pierwszego domu, ale niestety nie mieli żadnych pojazdów, z których ewentualnie mogłabym ściągnąć co nieco paliwa. Wytłumaczono mi jednak, że stacja jest niedaleko i że powinna być otwarta. Stacja rzeczywiście była, ale ani jednej żywej duszy na niej. Pomyślałam, że napełnię bak i może nikt się nie obrazi. Jednak dystrybutor nie działał... to by w sumie wyjaśniało fakt braku operatora. Pomyślałam, że na pewno ktoś będzie miał nieco energetyzującego płynu w jednym z okolicznych domów. Nic z tego... Moje prośby nie dostały tym razem pozytywnej odpowiedzi. Dalsza trasa będzie więc moim być albo nie być bo na rezerwie daleko nie zajadę.

Gdy w głowie już rozpatrywałam sposoby zrobienia zwierzęto-odpornego szałasu na motorze moim oczom ukazała się nagle stacja benzynowa. Radość przeogromna gdy okazało się, że stacja jest nawet zaopatrzona w paliwo. Jeden dystrybutor, kilku panów kiwających ze zdziwieniem głowami. Krótkie spojrzenie w bak i informacja, że aby dojechać do Habarana muszę zatankować za 300 rupii. Ok! I wtedy mnie tknęło. Wyciągnęłam portfel... i 42 rupie znajdujące się w środku. Przeszukałam całą torbę, kilkakrotnie przetrzepałam wszystkie kieszonki i znalazłam jeszcze 20 rupii. Z tego całego zamieszania zapomniałam, że nadwyrężyłam mój budżet płacąc za oponę, mandat i naprawę. Usiadłam zrezygnowana i rozłożyłam ręce. - Salli ne... - powiedziałam, co oznaczało "No money..." I już się zastanawiałam co mogę oddać w zastaw, gdy panowie z uśmiechem odpowiedzieli: "No problem" i napełnili bak za trzysta rupii. Świat jest pełen dobrych ludzi tylko trzeba otworzyć oczy... i znaleźć się w tarapatach.

Moim podziękowaniom nie było końca. Ten miły gest sprawił, że znowu poczułam wiatr we włosach i z uśmiechem na twarzy pędziłam w kierunku Habarany. Nocna jazda na motorze nie jest już niestety taką przyjemnością gdy jest się ubranym w krótki rękawek i szorty. No i w końcu jest przecież zima! Duże amplitudy temperatur sprawiają, że mieszkańcy Sri Lanki chodzą w kurtkach. Zaciskając pięści, sprężając poślady wyobrażałam sobie jak już będę z powrotem w miasteczku i jak zsiądę z motoru. Z taką wizją jechałam dalej przed siebie nie mając już siły denerwować się na oślepiające mnie ciężarówki, na zimno, na zmęczenie czy głód... Wreszcie ukazała się tablica - Habarana 24km. A potem następna - Habarana 16km... i wreszcie znajome okolice, zabudowania i dotarłam do miejsca, w którym się zatrzymałam. Zsiadając z motoru czułam jak zmęczenie, satysfakcja i radość mieszają się ze sobą wytwarzając mega emocje w mojej głowie. Do tego chęć podzielenia się tymi przeżyciami oraz brak ewentualnego kandydata... No i powrót do - chciałabym napisać "do domu", ale niestety wiele to z takim miejscem wspólnego nie ma. Przybudówka do sklepu nie zachęcała ani wyglądem ani zapachem. Nie narzekam, w końcu mieszkam tam za darmo, ale tego wieczoru wróciłam wykończona ponad możliwości i marzenie o słodkiej herbacie i gorącym prysznicu szybko zderzyło się z rzeczywistością gdy weszłam do mojego zimnego pokoju, w którym wilgoć rozrzucała na ścianach co raz to nowe grzybowe mozaiki, a znajdujący się na świeżym powietrzu prysznic, który o tej godzinie miał tylko opcję "lodowata woda" też nie dawał mi nadziei na ogrzanie. Padłam więc na łóżko, wczołgałam się do wilgotnego śpiwora i zamknęłam oczy. Teraz dopiero poczułam wszystkie części mojego korpusu, które spięte w całodziennej walce z motocyklem właśnie się rozluźniały dając o sobie znać. W ciemności pokoju spokojnie przeanalizowałam cały dzień. Doszłam do wniosku, że mogę się tylko cieszyć ponieważ właśnie przeżyłam jeden z najszczęśliwszych dni. No bo jak inaczej nazwać serię przypadków, z których każdy kończy się dobrze? Mi nasunęło się na myśl... PASMO SZCZĘŚLIWYCH WYPADKÓW i tak to pozostawiając z uśmiechem zapadłam w sen.

To prawda, że przygoda bez stresu mogłaby być piękną przygodą, ale czy dałaby mi tyle satysfakcji? Raczej nie! Pozostaję więc w oczekiwaniu na kolejną przygodę J